Orlen Reklama Top

Advertisement

Wojna dobiega końca, Zbigniew Sobieszczański po pobycie w obozie powraca do rodziny w Opocznie. Nowe porządki polityczne w kraju okazują się jednak trudne do zaakceptowania przez bezpartyjnego lekarza. Przedstawiamy kolejną część wspomnień o doktorze spisanych przez syna Stanisława.

Opowieść o doktorze Zbyszku (3)

POWRÓT NA ROWERZE

Tuż przed ewakuacją obozu w Oświęcimiu ojciec zostaje na około dwa tygodnie przewieziony do Stutthoffu, gdzie rzesze więźniów chorują na tyfus. Wojska sowieckie są jednak coraz bliżej. Następuje szybka ewakuacja obozu. Podczas transportu więźniów przez obszar Pomorza okazuje się, że ojciec zaraził się tyfusem. Odizolowany wraz z innymi chorymi, jest zakwalifikowany do likwidacji. Na szczęście Niemcy nie zdążyli wykonać wyroku, uciekając przed Rosjanami. Ojciec trafia do szpitala Armii Czerwonej w Norwitz. Po odzyskaniu sił po przebytym tyfusie, pomaga jako lekarz w ratowaniu innych chorych. W tym czasie rodzina mieszka nadal w Opocznie. Mama utrzymuje siebie i nas, chodząc po domach i opatrując rannych powracających z frontu. Kilka dni po opuszczeniu miasta przez armię radziecką, na początku kwietnia 1945 roku, pojawiła się pod naszymi drzwiami postać z rowerem. Przybysz przypominał szkielet człowieka. To był nasz ojciec. Wyniszczony pobytem w obozie i przebytymi chorobami, niemal od razu po przyjeździe podejmuje pracę jako lekarz rejonowy w Ubezpieczalni Społecznej, a potem jako lekarz miejski. Ojciec był w Opocznie postacią znaną i zasłużoną dla miejscowej ludności. Po krótkiej rekonwalescencji zaproponowano mu wysoką funkcję w tworzonej właśnie Radzie Narodowej. Tego "zaszczytu" jednak nie przyjmuje, uzasadniając swoją decyzję tym, że będzie bardziej przydatny jako lekarz niosący pomoc powracającym z wojny rannym i inwalidom.

W RADOMIU

Tylko przez niecały rok zajmuje się w Opocznie leczeniem chorych. W tamtym czasie lekarzy potrzebowało również wojsko. Wcielono go więc do armii i wysłano na krótko do jednostki wojskowej w Sieradzu, a następnie do szpitala garnizonowego w Radomiu. My wraz z mamą pozostajemy nadal sami w Opocznie, na następne trzy lata bez ojca. Odwiedzaliśmy go w Radomiu głównie w czasie świąt lub wakacji. Zaczyna się kolejny trudny rozdział w jego życiu. Jest człowiekiem apolitycznym, a nadchodzą czasy stalinizmu. Jako bezpartyjny, nie może uzyskać awansu na starszego oficera. Karą za niewstąpienie do partii był areszt domowy i odmowa przepustek w celu odwiedzania rodziny w Opocznie. Na groźby ze strony oficerów politycznych odpowiadał: - Nie złamało moich zasad SS w Oświęcimiu, i wy ich także nie złamiecie.

W tym czasie rodzi się mu jeszcze dwoje dzieci. Pracując w Radomiu, w grudniu 1946 roku otrzymuje jednak awans na stopień kapitana-lekarza.

STALINOWSKIE REPRESJE

Wiosną 1949 roku radomski szpital garnizonowy ulega likwidacji. Masa polskiego wojska jest skomasowana na Pomorzu. Zapada więc decyzja o przejęciu niewykorzystywanego szpitala wojskowego w Koszalinie od Armii Czerwonej. W maju Zbigniew Sobieszczański zostaje tam przeniesiony, mimo starań o zupełne zwolnienie z wojska z powodu wady serca, której nabawił się w Oświęcimiu. Rodzina wreszcie jest w komplecie. Tymczasem reżim stalinowski zaczyna panować wszędzie. Ojciec jest wielokrotnie wzywany do oficera politycznego i przymuszany do podpisania deklaracji partyjnej. Nasilają się represje wobec polskich oficerów powracających z Zachodu. Nocą przychodzą po dwóch naszych sąsiadów-lekarzy. Słuch po nich ginie. Komendant szpitala, pułkownik, strzela sobie w głowę. Ojciec często wydaje mamie instrukcje, aby w razie potrzeby udała się po pomoc do Cyrankiewicza, któremu pomógł w Oświęcimiu. Po długim oczekiwaniu w styczniu 1951 roku ojciec otrzymuje stopień majora. W okresach letnich pełni funkcję dowódcy jednostki sanitarnej i szpitala polowego na poligonie w Drawsku Pomorskim. Mama pracuje wraz z nim w szpitalu wojskowym. Tam oboje mają do czynienia z prześladowaniami dotykającymi polskich oficerów. Ojciec kilkakrotnie operuje więźniów UB, którzy połykali łyżeczki, ucha od kubków i inne przedmioty, aby tylko ukrócić męki ubowskich przesłuchań. Takie osoby trafiały do izolatki, strzeżonej przez "smutnych" panów z bronią. Pewnego dnia byłem świadkiem wywożenia jednego z więźniów z terenu szpitala i próby jego ucieczki z otwartego "gazika". Spowodowało to wielką strzelaninę z broni maszynowej. Mama, jako pielęgniarka i żona lekarza-oficera miała dostęp do "ubowskich" pacjentów. Kilkakrotnie wysyłała mnie do parafii, z którą mieliśmy bardzo dobre kontakty, by sprowadzić konającym księdza.

oprac. (łuk)

2006.12.20