Tydzień temu napisałem o Wiesławie Gołasie, jednym z najdowcipniejszych aktorów.

Pisałem z ogromnym smutkiem, że zmuszony jestem do użycia czasu przeszłego. Dzisiaj opowiem o innym charakterystycznym artyście teatru i kabaretu, nie mniej zabawnym niż starszy od niego o 10 lat mistrz Gołas. Mam na myśli Stefana Friedmanna. Tym razem użyję czasu teraźniejszego, bowiem Stefan żyje, a dwa tygodnie temu obchodził swoje osiemdziesiąte urodziny. Ponieważ od dłuższego czasu, my widzowie, nie mieliśmy okazji, za pośrednictwem telewizji, oglądać jego estradowych wyczynów, odnoszę wrażenie, że popadł on w niejakie zapomnienie. Szkoda. Pozwolę sobie zatem, z okazji jubileuszu, przypomnieć osobiście znanego mi artystę.

Jego artystyczny życiorys zaczyna się w roku 1956. Miał wówczas lat piętnaście i zaczynał naukę w warszawskim liceum im. Tadeusza Reytana, uważanego wówczas za najlepszą szkołę w Stolicy. {akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *} W wymienionym roku rozpoczęto słynne cykliczne słuchowisko radiowe „Matysiakowie”. Wyłowiono wówczas Stefana Friedmanna, powierzając mu radiową rolę Gienka Matysiaka. To wcale nie był debiut dzieciaka, bowiem w roku 1955 odtwarzał on, w teatrze Polskiego Radia, Stasia Tarkowskiego w adaptacji powieści „W pustyni i w puszczy”. Ale owym Gienkiem młodziutki Stefan całkowicie zawojował radiosłuchaczy. Raz na tydzień, przez 25 lat, Gienka można było usłyszeć w każdym domu. W roku 1981, kiedy Friedmannem niemal całkowicie zawładnęła telewizja, estrada oraz kabaret, zrezygnował on z postaci „młodego” Matysiaka (miał wówczas lat czterdzieści). Serial emitowano nadal, natomiast Stefana zastąpił Jerzy Bończak. Minęło 65 lat od pierwszego odcinka, a wciąż możemy dowiedzieć się z radia, co słychać w rodzinie Matysiaków. Siedem lat temu (2014) uroczyście świętowano emisję odcinka nr 3000!

Stefan Friedmann nie studiował w szkole teatralnej. W roku 1971 zdał eksternistycznie egzamin aktorski i wkrótce zyskał niezwykłą popularność. Nie tylko jako Gienek Matysiak. Już nieco wcześniej, w połowie lat sześćdziesiątych, można było oglądać Stefana w studenckim kabarecie „Hybrydy”, w towarzystwie takich późniejszych sław jak Jonasz Kofta, czy Wojciech Młynarski. Później, wspólnie z Jonaszem, nagrywali w radio swoje słynne „Dialogi na cztery nogi”. W satyrycznej audycji Trójki „Ilustrowany Tygodnik Rozrywkowy”. No, a dalej to już „z górki”. Teatr Telewizji, film, estrada. Naliczyłem 58 filmów, w których zagrał Stefan Friedman. Pośród nich telewizyjny serial „Na kłopoty Bednarski”. Zagrał także w kilku spektaklach Teatru Telewizji, ale jego specjalnością był kabaret i estrada. Spośród wielu zabawnych piosenek, jakimi nas rozśmieszał, przypomnę choćby przebój „Cienki Bolek”, śpiewany z towarzyszeniem Krzysztofa Jaroszyńskiego.

Ze Stefanem miałem okazję spotykać się sporadycznie, w czasach studenckich kabaretów, ale dopiero wiele lat później kontaktowałem się z nim częściej. Przede wszystkim w słynnym, warszawskim nocnym klubie „Scena”, prowadzonym przez reżysera Jerzego Gruzę oraz aktorkę Tatianę Sosna-Sarno. Mieliśmy tam wielu wspólnych znajomych, zatem poza klubem wielokrotnie spotykaliśmy się także na imprezach prywatnych, w ich domach. Przypominam sobie przyjęcie w wilii pod Warszawą, jakoś tak sprzed 20 lat. W willi bardzo bogatego i prominentnego przemysłowca. Kogo tam nie było pośród gości? Artyści i politycy. Wszystko z tak zwanej najwyższej półki. Co do polityków, to aż strach wymienić ich nazwiska. Co do artystów, to pośród wielu innych królowali kabareciarze, czyli Stefan Friedmann i Janusz Rewiński. Gospodarz wieczoru, oprócz basenu, miał na swoim terenie także korty, zatem ogłosił turniej tenisowy. Kto tylko miał ochotę wychodził poza siatkę i zmagał się z przeciwnikami. Stefan Friedmann usiadł na ławeczce i obserwował grających. W pewnym momencie szalejący sportowo reżyser Janusz Zaorski, potężny grubas, zwrócił się do niego: - Stefan, a ty z nami nie zagrasz? - Wiesz co, Janusz - odpowiedział Stefan, popijając winko - Jak patrzę na ciebie w tych białych majteczkach, kiedy podskakujesz niczym baletniczka, to wydajesz mi się tak nieprzyzwoicie pedalski (przepraszam czytelników za brzydkie słowo, ale to cytat), że wstyd by mi było, aż tak się wygłupiać.

Oto taki, typowy dla Stefana złośliwy żarcik. Ileż to ja podobnych miałem okazję usłyszeć podczas naszych towarzyskich spotkań. A jednak nikt nigdy nie obraził się na Stefana. Był i jest dalej kochanym facetem, mimo że złośliwym zgrywusem. Ale także wspaniałym artystą. Najlepsze życzenia z okazji osiemdziesiątki.

Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}