Pasym był miejscowością, która najbardziej ucierpiała podczas najazdu polsko – tatarskiego na Mazury w 1656 roku. Miasto zamieniono w ruiny, a przetrwały tylko szkoła i kościół.

Pasym

Orły na prędkich koniach

W kalendarzu dla Mazurów na rok 1879 i 1880 Marcin Gerss o rzekomych zagonach tatarskich (w rzeczywistości były to polskie oddziały z Mazowsza) w powiecie szczycieńskim pisał: W tamte strony wpadli Tatarzy roku 1656 aż w listopadzie i grudniu. Pewnie była to inna zgraja, co tam wtargnęła; albowiem po batalii pod Prostkami nie zostali pierwsi Tatarzy tak długo w Prusiech, albowiem pruskie wojsko było się mocno powiększyło. Ale Tatarzy przelecieli przez granicę, jak orły na prędkich koniach, gdzie najmniej wojska było pruskiego. W szczycieńskim powiecie, a osobliwie w Pasymie, narobili wiele szkody.

{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}

Nieudany wypad

O zajęciu Pasymia Gerss napisał: Mieszkańcy, pełni odwagi, bronili się mężnie, a nieprzyjaciel nie mógł nic wskórać. Mniemając, że go niewiele, wypadli Pasymianie z miasta i uderzyli na zgraję, jednak musieli na koniec tył podać. Dopiero wtargnął nieprzyjaciel razem z nimi do miasta. A będąc rozjuszonym, porąbał wszystko, co znalazł, ani kobiet, ani dziatek nie szanując. I zostało bardzo mało obywatelów w mieście. Całe miasto spalili. I został tylko kościół i szkoła.

Ucieczka Hartknocha

Jednym z uratowanych był 12 – letni Krzysztof Hartknoch, syn pastora w Pasymiu i późniejszy znakomity historyk Prus. O ocaleniu młodego Hartknocha Gierss pisze: Krzysztof usłyszawszy, że nieprzyjaciel już w mieście, uciekł do szkoły, w murze i nad murem miasta zbudowanej. I spuścił go rektor (nauczyciel) Michał Battolowiusz przez okno z miasta, aby jeziorem do lasa uciekał.

Choć to tylko 6 dni przed gody (Boże Narodzenie) było, to jednak był roku onego jeszcze bardzo błagi (słaby) lód na jeziorze, na niektórych miejscach chodziła jeszcze woda. Miejscami giął się lód pod nogami jego tak, że nieboraczysko płacząc i drżąc ze strachu, z wielkim niebezpieczeństwem życia, do lasa umknąć zdołało. Ale słaby lód był obroną jego, albowiem nieprzyjaciel nie mógł konno na lód się udać i uciekającego prześladować. Wraz z Hartknochem nauczyciel Michael Battalowius przez małe szkolne okno spuścił jeszcze kilka innych dzieci, które wraz z przyszłym historykiem uciekły przez lód na drugą stronę jeziora. Najeźdźcy musieli przerwać pogoń za dziećmi, gdyż lód na jeziorze był za słaby, aby wjechać konno. Mali uciekinierzy byli też poza zasięgiem strzał. Dopiero po 3 dniach ukrywania się młody Hartknoch spotkał się z powrotem z rodzicami. Pozostałemu w mieście ojcu Hartknocha większa krzywda się nie stała, natomiast jego matka została poważnie zraniona a brata i siostrę wzięto „w jasyr”.

A może zdrada?

Druga wersja o zajęciu Pasymia w 1656 roku mówi, że słabo bronioną Bramę Rybacką i potajemne przejście w murach miasta od strony jeziora Kalwa wskazał najeźdźcom pewien mieszkaniec Ruska Wielkiego. Takie informacje w swej relacji z 1832 roku podał ówczesny pastor Krupiński z Pasymia. Wersja ta nie jest jednak zbyt wiarygodna. Kwestionuje ją między innymi Georg Michels, autor niemieckiej książki o historii Pasymia (Passenheim. Zeiten einer Stadt, Leer 1992). Tym wątpliwościom Michelsa trudno się dziwić, skoro Krupiński podaje też, że w 1656 roku zamordowano pasymskich pastorów szukających schronienia pod ołtarzem. Żaden z pasymskich duchownych w rzeczywistości wówczas nie zginął, czego najlepszym przykładem jest ojciec Krzysztofa Hartknocha.

(cdn.)

Sławomir Ambroziak

{/akeebasubs}