.. sklepy walutowe i wranglery odlotowe. Posiadanie kultowych spodni w czasach, gdy chodziłam do szkoły średniej było szczytem marzeń każdego.

Pewex...
Budynek, w którym przez lata mieścił się sklep Przedsiębiorstwa Eksportu Wewnętrznego, czyli Pewex

Wielu moich rówieśników paradowało w takich oryginałach. Nie ukrywali, że nabyli dżinsy w Peweksie i to za dolary. Wiadomo, że podobnie jak moi rówieśnicy, chciałam i ja mieć takie spodnie. W Szczytnie przy ul. Sienkiewicza był sklep Przedsiębiorstwa Eksportu Wewnętrznego, który odwiedzałam z koleżankami, ale niestety dolarów nie miałyśmy, więc tylko tęsknie spoglądałyśmy na uginające się od luksusu półki. Do dziś pamiętam intrygujący, ekskluzywny wystrój placówki oraz pełen obietnic zapach, pamiętam też piękne, eleganckie i zawsze uśmiechnięte ekspedientki. Mimo że zachodziłyśmy do Peweksu, by tylko popatrzeć, one nigdy nie okazały zniecierpliwienia. Zawsze miały przyjazny, pobłażliwy uśmiech i cierpliwość. Trochę te spodnie kosztowały, a z dolarami różnie bywało. Jak już wielokrotnie wspominałam, urodziłam się w czepku, więc uzbrojona w cierpliwość zbierałam kasę na dolary i czekałam cierpliwie na spełnienie marzeń. Tymczasem moja mama w normalnym sklepie kupiła „teksas” i uszyła podobne. Wprawdzie daleko było im do tych wymarzonych, ale stanowiły namiastkę oczekiwań. Pewnego dnia w naszym domu zjawiła się Ilza, Mazurka, która została przesiedlona do Niemiec. Przyjechała z wizytą i przywiozła nam prezenty. Wśród nich były wspaniałe, wyśnione wranglery. Do kolekcji dostałam kilka fantastycznych bluzeczek i mogłam szpanować.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *} 

Podarowane mi spodnie długo służyły, ale z czasem zastąpiłam je kupionymi w Peweksie. Towary z tego sklepu pojawiały się w naszym domu na różne okoliczności. Kiedyś ojciec dostał na imieniny flaszkę zapakowaną w papier z charakterystycznym i pozwalającym rozpoznać wizerunek sklepu logo. Kolorowe opakowanie mama zatrzymała. Gdy jechałam zdawać egzaminy na studia i mieszkałam w ich trakcie w olsztyńskim akademiku, w ten papier mama zapakowała mi żywiecką. Kiełbasa była podsuszana, a papier fajnie zabezpieczył mój prowiant. Niestety moje przygodne koleżanki, z którymi dzieliłam pokój, widząc pakunek i oczywiście oryginalne spodnie oraz katanę, od razu nazwały mnie bogaczką, która nawet w Peweksie kupuje kiełbasę. Wiadomo pozory mylą i nawet, gdy dzieliłam się z nimi tą wędliną, nie chciały uwierzyć, że to zwykła kiełbasa, a papier po alkoholu. Ale... tak wszystko interpretujemy jak chcemy.

Na zdjęciu dolny wypożyczone od uczniów kl. III „b” SP nr 6 Michaliny i Bogdana oraz pewexowskie gadżety, które otrzymałam w prezencie od Ewy i Jana Geringów

Niedawno w swoich zbiorach odkryłam oryginalną peweksowską reklamóweczkę, bo oprócz papieru otrzymywało się też reklamówki i to wszystko sobie przypomniałam. Reklamówki były piękne, więc chętnie osobiście z nimi paradowałam. Mam nawet fotkę, na której uchwycono mnie z takową torebką. Zabrałam ją do lasu i do niej zrywałam orzechy. To były dobre czasy, gdy jadłam żywieckie kiełbasy w papier po alkoholu pakowane i jakże teraz miło wspominane.

W Peweksie zakupiliśmy wódkę z kłoskiem na nasze przyjecie weselne w 1984 r., a potem bardzo często, jak na rodzinę Klocków przystało, kupowaliśmy klocki Lego dla syna. Gdy podjęłam pracę w „Społem” moda na kultowe spodnie minęła, bo gdy któraś z koleżanek zjawiała się w nich w biurze, to natychmiast pytałyśmy ją: „co ty, na wykopki się wybierasz?”. Teraz granice się zatarły, bo każdej panience fajnie jest w wyjściowej sukience, do której kurteczkę dżinsową zakłada i nikt nie wspomni, że tak nie wypada.

Grażyna Saj-Klocek{/akeebasubs}