Piosenka jest dobra na wszystko... - tak śpiewali przed laty starsi panowie dwaj. Zapewne mieli rację, choć nie każda piosenka bywa dobra dla każdego słuchacza.

Piosenka jest dobra...
Czesław Niemen. Pierwszy artysta estrady, który nie bał się wyglądać inaczej

Jednemu pasuje taka, drugiemu inna. W dzisiejszych czasach świat jest zdecydowanie podzielony. Nie tylko politycznie. Także pod względem opowiadania się za wybranym gatunkiem muzyki. Dotyczy to zwłaszcza młodzieży, która demonstruje swoją odmienność muzycznych gustów stosownym zestawem odzieżowym, a także odpowiednio symbolicznym uczesaniem. No, ale dzisiaj, jeśli chodzi o przeboje, jest w czym wybierać. A jak to było dawniej? Nie mam aż takich ambicji, aby potraktować temat z historyczną powagą. Od tego mamy w Polsce Marka Gaszyńskiego. Co do mnie, sięgnę po prostu do własnych wspomnień.

Na początku lat pięćdziesiątych, kiedy to uczęszczałem do początkowych klas podstawówki, towarzyszyły mi radiowe przeboje w rodzaju „Budujemy nowy dom”, czy „O Nowej to Hucie piosenka”. Pierwsza w rytmie marsza, druga tradycyjnego walczyka. W zasadzie prawie wszystkie ówczesne melodie to były „murarskie walczyki”, albo „robociarskie marsze”. Na tym tle korzystnie wyróżniały się dwa wielkie przeboje początku lat pięćdziesiątych - „Marynika” i „Wio koniku”. {akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *} Melodyjka pierwszej była odmianą poleczki, druga rodzajem slowfoxa. No i w żadnej z nich nic nie mówiono o budowach. Władze dopuściły takie „dziwactwa” do radiowej emisji jedynie dlatego, że były to przeboje bratnich, socjalistycznych krajów. „Wio koniku” rodem z Węgier, a „Marynika” bodajże pochodziła z Rumunii. I to był nasz pierwszy wybór: rodzime, budowlane szlagiery, albo powiew lekkości z zagranicy! W drugiej połowie lat pięćdziesiątych przygarnięto do radiowych zestawów muzycznych więcej piosenek obcych. Głównie z uciskanych przez kapitalistów obszarów, jak kraje Afryki, czy Indonezja. Takich przebojów jak „Baja bongo”, czy „Bambu kalambu bambu e” nikt nie potrafił przetłumaczyć, toteż autorzy tworzyli do nich kapitalne teksty własne. Na przykład drugi z wymienionych szlagierów zaczynał się tak: „Bambu, kalambu, bambu e - czy wiesz, co to jest, bo ja nie...”

Później robiło się coraz dziwniej. W wielkim, niedostępnym świecie rozpoczynała się epoka rock and rolla. Królował Elvis Presley. Piosenka Billa Haley`a „Rock around the clock” zdominowała muzyczne radiostacje całego świata. I oto w Polsce, w Krakowie, w roku 1957, zespół jazzowy uprawiający dotychczas tradycyjny dixieland „Drążek i Pięciu” włączył do swego stałego repertuaru kilka piosenek Halley`a I Presley`a i nazwał się zespołem rock and rollowym. Przeboje wymienionych sław zaśpiewała studiująca w Polsce Kanadyjka polskiego pochodzenia Jenny Jaworska, która przybrała artystyczne pseudo Jenny Rogers. A działo się to dwa lata wcześniej, zanim Franciszek Walicki powołał do życia gdański zespół rockowy „Rhytm and Blues”.

Pięć lat później, w roku 1962, nadmorski Sopot stał się ciekawym miejscem, gdzie raptem zderzyły się dwa muzyczne światy. W Operze Leśnej, na II Międzynarodowym Festiwalu Piosenki, pośród drugorzędnych piosenkarzy ze świata, występowały takie polskie gwiazdy jak Irena Santor, Sława Przybylska, Hanna Rek, Violetta Villas i Jerzy Połomski. A równolegle, koło wejścia na molo, zainaugurowano klub taneczny „Non Stop”. Jego gospodarzem, w latach 1962-1963, był Krzysztof Klenczon wraz z nowo powstałym zespołem „Niebiesko Czarni”. Dla młodzieży z całej Polski sopocki „Non Stop” stał się na kilka następnych lat miejscem wakacyjnych pielgrzymek. I to chyba był ten historyczny moment całkowitego rozdziału publiczności na młodych i starych.

W latach późniejszych oferta polskiego show businessu, w dziedzinie piosenki znacznie się powiększyła. Naprawdę mieliśmy w czym wybierać. Piosenki kabaretowe, aktorskie, poezja śpiewana. Wokół wciąż nowe gwiazdy jak Ewa Demarczyk, Czesław Niemen (już nie wokalista „Niebiesko Czarnych”, ale indywidualny, wielki twórca), Maryla Rodowicz, Marek Grechuta i inni. Dzisiaj cały muzyczny świat stoi otworem. Tacy staruszkowie jak ja gubią się w nim. Ale młodzież jest wciąż „na czasie”. I to mnie prawdziwie cieszy. Niech się kłócą, niech się przebierają, a także strzygą włosy i malują je na czarno, zielono, albo czerwono, czy jak tam im stosowna popkultura nakazuje. Wolę oglądać młodzież szalejącą na „Przystanku Woodstock” niż walczącą na piłkarskich stadionach.

Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}