Mieszkanka bloku przy ul. Lipperta zmaga się z plagą pluskiew. Krwiożercze insekty stanowią zagrożenie dla jej zdrowia, ponieważ jest silnie uczulona na ich ugryzienia. Przeprowadzona kilka miesięcy temu dezynsekcja nie dała długotrwałych rezultatów, bo nie wszyscy mieszkańcy budynku wyrazili na nią zgodę.
NIECHCIANI WSPÓŁLOKATORZY
Pani Halina* od czterdziestu dwóch lat mieszka w jednym ze spółdzielczych bloków na ul. Lipperta w Szczytnie. Jak sama mówi, nigdy nie miała tu łatwego życia z powodu małych, ale bardzo uciążliwych stworzeń. - Zaraz po wprowadzeniu się przeżyłam plagę mrówek faraonek. Potem w piwnicach zalęgły się pchły przyniesione przez dokarmiane przez mieszkańców koty. Jak tylko się poszło po weki czy ziemniaki, to od razu gryzły w nogi - opowiada nasza rozmówczyni. Teraz przyszło się jej zmagać z kolejną inwazją dokuczliwych insektów, którymi są pluskwy. Pani Halina wspomina, że w 2015 r. spółdzielnia „Odrodzenie” przeprowadziła w bloku kompleksową dezynsekcję i na siedem lat problem zniknął. Jednak w październiku ubiegłego roku pluskwy znów się pojawiły. Dla naszej rozmówczyni to prawdziwy koszmar, bo jest uczulona na ich ugryzienia.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
CZĘŚCIOWA DEZYNSEKCJA
W marcu tego roku spółdzielnia poinformowała mieszkańców bloku o planowanej dezynsekcji. Kiedy okazało się, że za jej przeprowadzenie każdy z lokatorów musi zapłacić 200 zł, część z tego zrezygnowała. Pani Halina zdecydowała się na wytępienie szkodliwych owadów, jednak spokój z nimi miała tylko kilka miesięcy. Pluskwy zaatakowały znów w połowie sierpnia. Kobieta nie ma wątpliwości, że gdyby wszyscy zgodzili się na dezynsekcję, byłaby ona zdecydowanie skuteczniejsza. Chcąc pozbyć się insektów na własną rękę, zadzwoniła do kilku firm zajmujących się ich zwalczaniem. Jak się jednak dowiedziała, koszt jednorazowej dezynsekcji waha się w granicach 800 – 1000 zł, a na dodatek za dwa, trzy miesiące znów trzeba ją powtórzyć. - Żyję z niskiej emerytury, to dla mnie za duży wydatek – żali się kobieta. Przyznaje, że w walce z pluskami czuje się bezsilna. - Wieczorem wchodzę do łóżka ze strachem i rano ze strachem się budzę – mówi. Swój problem zgłaszała już administratorowi budynku i pracownikom sanepidu. Ten pierwszy powiedział jej, że żaden z mieszkańców bloku, oprócz niej, problemu nie zgłaszał. Z kolei w sanepidzie usłyszała, że instytucja ta nie może nikogo zmusić do przeprowadzenia dezynsekcji w całym bloku.
SPÓŁDZIELNIA ZBADA PROBLEM
Jacek Borowy, zastępca prezesa ds. technicznych Spółdzielni Mieszkaniowej „Odrodzenie” w Szczytnie potwierdza, że skargi na pluskwy docierały do niego jedynie od naszej rozmówczyni. Tłumaczy, że zwalczanie insektów odbywa się tylko w razie potrzeb. - Nie są to zbyt częste przypadki i zawsze podchodzimy do nich indywidualnie – mówi. Zapowiada jednak, że w tym tygodniu blok odwiedzi administratorka, aby zbadać skalę zjawiska. - Jeśli okaże się, że rzeczywiście jest ona duża, wówczas skierujemy tam firmę, która dokona dezynsekcji – informuje. Dodaje, że jeżeli problem dotyczy tylko pani Haliny, to spółdzielnia nie zostawi jej bez pomocy. Nie dziwi go wcale, że część mieszkańców nie jest zainteresowana tego typu zabiegami. - To bardzo uciążliwa czynność, wywołująca w mieszkaniu prawdziwą rewolucję. Jeśli ktoś nie ma w domu pluskiew, to nie ma się co dziwić, że się nie zgadza – zauważa Jacek Borowy.
Pani Halina twierdzi, że to nie jej mieszkanie jest głównym siedliskiem insektów. - Powiedział mi o tym pan, który przeprowadzał dezynsekcję wiosną. Nie chciał jednak powiedzieć, u którego z sąsiadów mają swoje gniazdo, zasłaniając się ochroną danych osobowych – mówi kobieta, obawiając się, że jeśli zwalczanie szkodników znów ograniczy się tylko do jej lokalu, to problem po pewnym czasie powróci.
(ew)
* Imię bohaterki artykułu zostało zmienione{/akeebasubs}
