Za chwilę święta. Najpierw Dzień Urodzin Jezusa Chrystusa. Wesoła nowina.
Radosny dzień. Nieco później Nowy Rok, a następnie czas zabaw, czyli karnawał. To okres, kiedy uroczysty, sakralny nastrój świąteczny łączymy z wesołą radością owych dni. Niedawno napisałem o poważnej, świątecznej symbolice grudniowych uroczystości. Dzisiaj proponuję – pośmiejmy się. Z niczego mądrego. Ot, tak po prostu z zabawnych anegdot dotyczących znanych postaci ze świata artystów. Jak niedawno wspominałem, jestem obecnie pod wrażeniem książki, którą otrzymałem w prezencie. Książki pod tytułem „SPATiF”. Zawiera ona mnóstwo zabawnych historyjek. Niektóre z nich są mi znane od dawna, inne zaś zupełnie nowe. Owa anegdotyczna lektura obudziła także moje osobiste wspomnienia. Zatem dzisiaj proponuję felieton żartobliwy. Gwarantujący dobry nastrój.
Rok temu zmarł wybitny aktor, a także kabareciarz Andrzej Zaorski. Poza estradą był znany, jako błyskotliwy zgrywus w życiu codziennym. Autorka książki przytacza taki oto moment. Andrzej Zaorski i Marian Kociniak siedzą przy restauracyjnym stoliku. Podchodzi kelnerka. „Poproszę kaczkę” – zamawia Kociniak. „A dla mnie basen” - dopowiada Zaorski. To mi przypomina inną podobną scenkę. Tym razem z wspomnień osobistych. W bardzo modnej, warszawskiej kawiarni „Ulubiona”, niedaleko mojego stolika zasiadł znakomity dziennikarz Janusz Atlas. Wyraźnie czekał na kogoś, więc nic nie zamawiał. Wreszcie ten ktoś przyszedł. Także dziennikarz. Panowie rozdyskutowali się i żaden nadal niczego nie zamówił. Po jakimś czasie do ich stolika podszedł sam kierownik sali i dość obcesowo zwrócił im uwagę, że to nie jest poczekalnia. Wtedy Atlas przywołał kelnerkę i gromkim głosem złożył następujące zamówienie: „Dla nas poprosimy dwa najlepsze koniaki oraz lewatywę dla pana kierownika”.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Jeszcze trochę o klubie SPATiF. Ten klub, przy Alejach Ujazdowskich, mieści się na tak zwanym Trakcie Królewskim, czyli trasie od Placu Zamkowego do Łazienek. Na tym trakcie można było niegdyś spotkać wszystkie barwne postacie Warszawy. Zwłaszcza w okolicy klubu aktorów. Krystyna Mazurówna opowiada, jak to Leopold Tyrmand kupił pierwszą w Polsce pralkę „Franię”. Na Rynku Starego Miasta wziął dorożkę, załadował na nią pralkę i z dumą opierając się na zakupionym sprzęcie kazał się zawieść do Łazienek. A następnie z powrotem i tak jeszcze kilka razy. Po drodze pozdrawiał wszystkich znajomych książęcym gestem. Bywalcy SPATiFu obstawili klubowe okna.
Na zakończenie coś z własnych wspomnień. W gronie przyjaciół biesiadujemy w restauracji „Krokodyl” na Rynku Starego Miasta. Jest z nami mój przyjaciel, Andrzej Woyciechowski – dziennikarz radiowy, późniejszy założyciel Radia Zet. Andrzej nagle zapragnął toalety. I to w poważnej sprawie. Zbiegł po schodach do stosownych pomieszczeń. Otwiera kabinę, a tu ktoś już siedzi. „Posuń się człowieku, bo nie wytrzymam” – zawołał Andrzej.
Mam nadzieję, że nieco rozbawiłem czytelników. Wesołych Świąt.
Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}
