Mąż dowiaduje się o zdradzie ostatni, tak i ja nie wiedziałem, że za moimi plecami układano mi życiorys wyścielany brudami i najgorszymi odpadami.

Pożegnanie ze szpitalem
Leszek Mierzejewski

Moja główna księgowa już od dłuższego czasu pisała skargi, donosy, zażalenia, bo koniecznie chciała awansować na stanowisko zastępcy dyrektora ds. ekonomiczno – eksploatacyjnych. Teraz ja dwa stołki zajmowałem. Wszystkie jej donosy były odrzucane, ale od czasu do czasu przyjeżdżały kontrole – nic nie wykrywając! Znikoma część białego personelu nie mogła przeżyć, że nie medyk będzie zarządzał służbą zdrowia i to po raz pierwszy w województwie warmińsko – mazurskim. Na czele moich przeciwników była jedna pielęgniarka z bloku operacyjnego i jeden z chirurgów, którzy nie mogli ścierpieć mojej osoby. Mało im było mieszania wewnętrznego, to jeździli do wojewody olsztyńskiego jako delegacja związków zawodowych i Solidarności, błagając o odwołanie mnie ze stanowiska.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}

Ja wówczas robiłem swoje, natychmiast zlikwidowałem tak zwane ranne nasiadówki, które odbywały się codziennie w moim gabinecie o godzinie 8.00. Od lat przychodził ordynator z lekarzem dyżurnym, zdając dyrektorowi i zastępcy do spraw lecznictwa relację co się wydarzyło w ciągu doby na oddziale.

Rzuciłem się w wir ulepszeń, a przede wszystkim za dużo zacząłem robić dobrego. Pracując w szpitalu tyle lat, widziałem, że chory jest leczony na pierwszej zmianie, to znaczy od godziny 8.00 do około 14.00, gdy cały personel przebywa w pracy! Pracowały wówczas placówki towarzyszące, jak laboratorium, punkt krwiodawstwa itp. Po południu lub w nocy chory był, bo przebywać w szpitalu musiał! Na oddziale dyżurował jeden lub dwóch lekarzy i zmniejszona liczba personelu pomocniczego. W piątek po południu, gdy pacjent został przyjęty na oddział, to musiał czekać na diagnozę i właściwe leczenie aż do poniedziałku rano. Od poniedziałku mieliśmy nadmiar lekarzy na wszystkich oddziałach szpitalnych! Zaproponowałem zmianowość pracy oddziałów dla personelu białego. To znaczy praca do południa i po południu. Lekarz wojewódzki złapał się za głowę, twierdził, że będzie to rewolucja na skalę Polski - ale jak mi się uda, to będzie sukces. Zaakceptował mój projekt, tylko nasi lekarze nie chcieli się z tym pogodzić, gdyż prawie wszyscy mieli prywatne, popołudniowe praktyki. W międzyczasie zaczęły się podjazdy i niesmaczne podpuszczania. Np. wskazywanie nowych kandydatów na funkcyjne stanowiska, żądania podwyżek dla wybranych grup pracowników, strajki, przestoje...

W dniu 10 listopada zostałem odwołany ze stanowiska dyrektora z trzymiesięcznym wypowiedzeniem. Lepiej na tym wyszedłem, niż gdybym pracował do końca mojego angażu, gdyż zatrudnienie na stanowisku dyrektora naczelnego miałem do końca roku, a tak miałem płacone do 10 lutego 2000 roku. Ha, ha, ha….. Wszystko to dzięki dziewczynom z kadr Urzędu Wojewódzkiego. O dziwo! Na moje miejsce został powołany lekarz, którego zakładowa Solidarność pchała mi na zastępcę ds. lecznictwa. Ja wróciłem na swoje poprzednie stanowisko, tj. zastępcy ds. ekonomiczno - eksploatacyjnych z płacami naczelnego.

Z dniem 4 maja 1999 roku dyrektor naczelny ZOZ wypowiedział mi pracę i zakończyłem karierę w służbie zdrowia. Przepracowałem w niej na wysokim stołku 17 lat

Nowy dyrektor w stosunku do mnie był ironiczny i złośliwy, pomimo że sam nie był przygotowany pod względem fachowym ani mentalnym do piastowania tego stanowiska. Główna księgowa zaczęła swoją grę, zamiast ze mną, to z nim wszystko załatwiała. De facto donosiła mu o wszystkim! Ktoś jej gwoździem lub innym drutem cały bok w samochodzie porysował, pobiegła z płaczem do naczelnego, że to moja sprawka. Wkurzyłem się przeogromnie, opieprzyłem ją, że samochód należy stawiać na parkingu, a nie przed wejściem do szpitala! A że ludzie jej nie lubią, to już nie moja wina. Dyrektor i ja od początku wiedzieliśmy, że razem pracować nie możemy. On miał żal, że go wcześniej nie powołałem na swojego zastępcę! Jako fachowiec z teorią i praktyką, miałem rozeznanie, że on nie jest przygotowany do pracy w administracji i zarządzaniu. Doradcy podpuszczali go na każdym kroku i to w złym kierunku. Jeden z moich bliskich pracowników, który również dostał wypowiedzenie zaczął działać na dwa fronty, chodził do niego i przekazywał bzdurne donosy! Gorzej jak w skorumpowanej działalności UB. Dzięki swojej nieuczciwej działalności pozostał w pracy!

Z dniem 4 maja 1999 roku dyrektor naczelny ZOZ wypowiedział mi pracę i zakończyłem karierę w służbie zdrowia. Przepracowałem w niej na wysokim stołku 17 lat. Nowy naczelny bardzo szybko zakończył też swoją karierę dyrektorską. Wrócił na stanowisko medyka, ale już na najniższe, bo na lekarza dyżurnego w pogotowiu. Po nim przychodzili następni dyrektorzy, zmieniali się jak dziurawe rękawiczki. Odeszła też ze służby zdrowia główna księgowa, a ja dalej święciłem w naszym grodzie tryumfy. Dziś do byłego dyrektora nie mam żadnego żalu ani pretensji - wyjaśnił mi ze szczegółami pewne zagrywki niektórych ludzi z tamtych dni, o czym nie miałem zielonego pojęcia. Jego, jak i mnie wpuszczano w maliny…

Dziś ze wszystkimi wrogami z tamtych dni jestem w zgodzie, nawet z niektórymi spotykam się od czasu do czasu, żeby pogawędzić w myśl zasady, że lepiej mieć jednego przyjaciela więcej, niż jednego wroga…

Jedynie główną księgową całkowicie wymazałem z pamięci! Gdy się przypadkowo spotykamy, to niby obcy sobie ludzie…

Mam jedynie żal do moich następców, bo po pierwsze, lekką ręką zamknęli nowoczesną pralnię, a 14 zatrudnionych tam pracowników wysłali na bruk. Materiał do prania zaczęli zawozić do Olsztyna do prywatnej pralni. Nasza pralnia obecnie nadaje się tylko do wyburzenia.

Po drugie, zlikwidowano Sekcję Żywienia z kuchnią szpitalną, gdzie we własnym zakresie przyrządzaliśmy wszystkie posiłki dla chorych i odpłatnie dla personelu. Teraz obiady są przywożone setki kilometrów. Ludzi wysłano na bezrobocie, w okresie, gdy w Szczytnie brakowało miejsc pracy. Bezpowrotnie zaniechano budowy wolno stojącej kuchni, która miała również w planach sporządzać posiłki dla obocznego domu opieki społecznej.

Po trzecie, wstrzymano eksploatację nowoczesnej spalarni odpadów, która za moich czasów pracowała pełną parą, spalając odpady medyczne ze szpitala i wszystkich jednostek medycznych z powiatu. Również odpłatnie spalała odpadki medyczne z prywatnych gabinetów medycznych. Miałem w planach zakupić przystawkę do spalania zwłok, bo zaczynała wchodzić taka moda pochówków.

Po czwarte, zaniechano dalszej rozbudowy i modernizacji szpitala według naszych planów. Pierwszy etap modernizacji zakładał budowę kotłowni i spalarni odpadów, został wykonany w terminie. Drugi etap, to budowa i uruchomienie pralni szpitalnej, też zostało wykonane w terminie. Trzeci etap, uruchomienie rentgena szpitalnego z zapleczem technicznym w szpitalu, także zostało wykonane. Czwarty etap, to wewnętrzne modernizacje oddziałów szpitalnych – w trakcie, między innymi wymiana stolarki okiennej, przebudowa bloku operacyjnego... Piąty etap, to było wykonanie nowej drogi wjazdowej do szpitala, od ul. Kochanowskiego – tuż za sanepidem, z parkingiem po prawej stronie. Szósty etap miał polegać na dobudowie nowego oddziału szpitalnego, celem rozluźnienia łóżek na oddziałach ewentualnie przyszłościowej zmiany profilu leczniczego.

Cdn.

Leszek Mierzejewski{/akeebasubs}