...to dokument uprawniający do kierowania samochodem. Niestety nie jestem kierowcą i ten fakt wywołuje zdziwienie. Wiele osób, słysząc moje oświadczenie, że mam tylko kartę rowerową śmieje się i z niedowierzaniem kręci głową, nie wierząc, że nie mam prawa jazdy. Rower jest moim ulubionym środkiem lokomocji, oczywiście nie stronię od bycia pasażerem samochodu, ale jakoś zasiadanie za jego kierownicą mnie nie kręci.
Ostatnio rozmawiałam z koleżanką o naszych doświadczeniach motoryzacyjnych. Opowiedziałam jej, że jako nastolatka jeździłam motorowerami typu „Komar” i „Jawka”, a moja ostatnia przejażdżka aleją drzew nad Jeziorem Dużym Domowym zakończyła się wypadkiem. Rozwinęłam maksymalną prędkość i niestety uderzyłam w drzewo. Straciłam przytomność, miałam wstrząs mózgu i gdy doszłam do siebie szlaban na dosiadanie motorowerów był oczywisty. Nawet teraz, po tylu latach gdy przechodzę koło pamiętnego drzewa tuż za „Zaciszem” pamiętam swoją niefortunną przygodę. Wówczas koleżanka w rewanżu opowiedziała mi swoje doświadczenia związane z „komarkiem”. Otóż gdy przystępowała do pierwszej komunii, to od wujka z Ameryki dostała w prezencie dolary i za te pieniądze rodzice kupili jej kultowy motorower. Pojazd służył do wygodnego pokonywania odległości, a nawet jako harcerka wspólnie z kolegami brała udział w rajdzie, gdzie część uczestników jechała rowerami, a część motorowerami. Gdy powiedziała, że ma zdjęcia z tamtego okresu, to aż mi się oczy zaświeciły i poprosiłam o ich pokazanie. Pochodząca z 1966 r. fotka faktycznie ukazuje harcerkę i harcerza na historycznych pojazdach.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Śmiałyśmy się z naszych przygód, bo ja wylądowałam w szpitalu, a ona w Izbie Dziecka. Jednak ta przygoda sprawiła, że zawsze się rodzicom przed wyjazdem meldowała, a gdy zaczęła pracować kupiła motor, a potem stała się szczęśliwą posiadaczką „malucha” (fiata 126 p). W rewanżu wyznałam, że mój narzeczony miał motor i ja zawsze rwałam się, by poprowadzić taką maszynę i poprowadziłam. Jednak przed wyjazdem w trasę był mały problem. Otóż męska noga musiała „kopnąć” i uruchomić silnik. Potem oboje siadaliśmy, ja miałam puścić sprzęgło i dodać gazu, ale nie mogłam sobie z tym poradzić i motor gasł. Więc z niego oboje zsiadaliśmy, znów było „kopnięcie”, maszyna pracowała i czasem taka „zabawa” w moim wykonaniu trwała nie do „trzech razy sztuka” ale do..., przyznaję, dziesięciu. Wreszcie gdy ruszyliśmy to postanowiłam dojechać do ówczesnej restauracji „Leśna”, ale że szybko tam dojechałam, więc zdecydowałam kontynuować wspaniałą wyprawę. Nagle zobaczyłam drogowskaz: Lipowiec i tam skręciłam, ale tak niefortunnie, że wylądowaliśmy w... rowie. Miałam więcej szczęścia niż rozumu, bo ogrodzenie zamiast tradycyjnych sztachet miało siatkę i ona zamortyzowała siłę uderzenia. Niestety porysowałam ukochaną WSK-ę narzeczonego, ale on na to nie zwracał uwagi. Sprawdził, czy ja jestem cała i oświadczył, żebym więcej motorowej kierownicy nie dotykała. Z czasem rodzinę założyliśmy i również malucha sobie sprawiliśmy. Nasz syn uwielbiał wycieczki motorowe i z radością wciskał kask na głowę. Ja niestety prawa jazdy nie zrobiłam, ale jako pasażer wiele wspaniałych przygód przeżyłam.
Grażyna Saj-Klocek
