...wychowawczyni, polonistka pani Zofia Kobus. Osoba, której od 40 lat bukiet utkany z kwiatów wspomnień przekazuję i wszystkie lekcje w sercu przechowuję. Początek roku szkolnego w szkole średniej był dla mnie wielkim wyzwaniem.
Po ukończeniu ośmiu klas Szkoły Podstawowej nr 2 w Szczytnie wszystko zaczynałam od nowa w Zespole Szkół nr 1, również w Szczytnie. Nowa szkoła, nowi nauczyciele i nowe klasowe środowisko. Wrzesień 1976 r. był piękny i ciepły. Wystrojona w białą bluzkę i czarne, wyprasowane w kant spodnie stanęłam pośród licznie zebranych uczniów na szkolnym apelu. Po uroczystościach towarzyszących rozpoczęciu roku rozdzielono nas do klas, podając numery sal, w których mieliśmy się stawić. Powstał specyficzny rozgardiasz i powszechne zamieszanie. Jedni w prawo, drudzy w lewo... Stałam nie bardzo wiedząc, co począć. Byłam bezradna, zagubiona i przestraszona. Wtem popatrzyły na mnie oczy innej, przestraszonej koleżanki. Złapała mnie za rękę, a ja nagle poczułam odpowiedzialność i bez problemu dotarłyśmy do naszej klasy. Wszyscy już siedzieli w ławkach, wolna została tylko jedna, tuż przed nauczycielką. Szybko się tam usadowiłyśmy. Pani profesor wstała. Przywitała uczniów, przedstawiła mówiąc, że nazywa się Zofia Kobus. Wyjaśniła, że będzie prowadziła lekcje języka polskiego i godzinę wychowawczą. Po oficjalnej części zaczęła sprawdzać listę obecności. W dzienniku widniałam pod pozycją 21., a w klasie było nas 35 osób.
Nasza Pani była konkretna i rzeczowa, miała ciepły i miły tembr głosu. Od pierwszego spotkania wszystko stało się ciekawe i proste. Lekcje z Panią Profesor były koncertowe – intrygowały, ciekawiły - po prostu wspaniałe były. Zawsze świetnie przygotowana, opanowana i wymagająca. Potrafiła wzniecić zainteresowanie i nic dziwnego, że uczniowie starali się sprostać wyzwaniom. Przez 4 lata nauki bardzo polubiłam Panią Profesor Zofię Kobus i pokochałam czarowny świat literatury. {akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Polonistka była sumienna i sprawiedliwa. Jednym słowem nasza profesorka była wyjątkowa, więc po skończeniu szkoły często się skrzykiwałyśmy i w domu odwiedzałyśmy. Zawsze miała dla nas czas, a my wymyślałyśmy prezenty-niespodzianki. Na pierwsze spotkanie pojechałyśmy maluchem koleżanki. Jedna z nas wpadła na pomysł, by podarować wychowawczyni worek ziemniaków. Schwyciłyśmy wór i do bagażnika, a właścicielka auta w śmiech – takie byłyśmy blondynki, bo nie miałyśmy wówczas pojęcia, że bagażnik był z przodu. Więc wór trzeba było przenieść. Na kolejne spotkanie pozwoliłyśmy sobie przynieść butelkę przedniego koniaku. Przez lata pomysłów na prezenty było wiele, jednak kwiaty i nasza obecność najbardziej cieszyły polonistkę. Nas zaś niezmiennie zapewnienie, że byłyśmy ulubioną i jedyną w swoim rodzaju klasą. Zjazdów i spotkań klasowych mamy na koncie wiele, ale są momenty, gdy wpadam na genialny pomysł i bez zapowiedzenia pukam do drzwi mieszkającej obecnie w Pasymiu polonistki. Zawsze rozpromienia się na mój widok i oświadcza, że „jestem lekiem na całe zło”. Wówczas wspominamy wspaniały czas, gdy szkoła łączyła nas. W tym roku z okazji Dnia Nauczyciela spieszę wręczyć polonistce i wychowawczyni bukiet utkany z kwiatów wspomnień. Tym bukietem za wszystkie lekcje dziękuję, bo każdą z nich w sercu przechowuję.
Grażyna Saj-Klocek{/akeebasubs}
