...niezapomniane i wyczekiwane. Pierwszą prywatkę zorganizowałam dla swoich kolegów z klasy na okoliczność imienin. Koleżanka pożyczyła mi adapter i płyty. Skakaliśmy w rytm muzyki kilka godzin, przekładając płyty z jednej na drugą stronę. Zabawę przerwała awaria sprzętu – igła się starła i płyty zacinały.
Jeszcze próbowaliśmy tupać na adapter nogami, ale niewiele to dało. Gdy stałam się właścicielką adapteru, to organizując potańcówkę zawsze miałam zapasową igłę i dużą kolekcję płyt winylowych i pocztówkowych. Te pierwsze kupowałam w księgarni na ul. Polskiej lub u Gumkowskich, te drugie w kiosku „Ruchu” na placu Juranda. Do dziś kilka mi się uchowało, ale dumą mojej kolekcji jest krążek Anny Jantar. Przetańczyłam przy utworach ulubionej wokalistki niejedną noc.
Po adapterach przyszedł czas na magnetofony. {akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
W czasach małżeńskich z racji posiadania dziecka na prywatki chodziliśmy do znajomych też mających dzieciaczki, lub zapraszaliśmy ich do nas. Niezmordowane dzieci podczas jednego z takich spotkań zasnęły. Położyliśmy je do łóżek, ale przy głośniejszych taktach budziły się i marudziły. Wówczas padła propozycja, by przenieść się do sąsiadów piętro niżej, bo tam luźniej i swobodniej. Przenieśliśmy się z ochotą, ale z mieszkania sąsiadów zadzwoniliśmy do mieszkania przemienionego w sypialnię dla dzieci i tuż przy milusińskich śpiochach położyliśmy odłożoną słuchawkę, przy drugiej odłożonej słuchawce każdy z nas pełnił dyżur. W prosty sposób staliśmy się wynalazcami „niani” (szkoda, że tego pomysłu nie opatentowaliśmy). Co chwila któreś z nas podchodziło do słuchawki i nasłuchiwało. Cisza w eterze pozwalała dalej się bawić. Gdy przypadła moja kolej pilnowania słuchawki usłyszałam jakieś pomrukiwanie i pobiegłyśmy sprawdzić co się dzieje. Na miejscu okazało się, że dzieci śpią jak aniołki. Popatrzyłam na synka leżącego na wysokim tapczaniku i stwierdziłam, że wysunę szufladę, bo jak się przekręci, to spadnie. Ten pomysł okazał się zbawienny, faktycznie spadł w objęcia leżącej tam pierzyny.
Potem był czas wychodzenia z domu, bo to syn organizował prywatki. Wówczas szliśmy do znajomych i też się bawiliśmy, ale już bez dzieci. Najmilej wspominam prywatki organizowane przez Anię i Romana. Koleżanka świetnie gotowała, a kolega zawsze przygotowywał fantastyczną muzykę. Mieli duże mieszkanie i wirować można było do woli, więc wirowaliśmy i świetnie się bawiliśmy. Były to prywatki niezapomniane i jakże wyczekiwane.
Grażyna Saj-Klocek{/akeebasubs}
