Dwie pasymskie radne, Hanna Gryczka i Marianna Tańska mają uwagi do pracy urzędników referatu rozwoju gminy. Zdaniem tej pierwszej jego szef Wiesław Szubka nie udzielił jej pomocy przy likwidacji skutków zalania pól i nawet nie zjawił się na miejscu, by ocenić sytuację. Z kolei druga twierdzi, że spotkała się z opryskliwą reakcją ze strony innego pracownika.

Radne kontra urzędnicy

KIEROWNIK CZY LEŃ?

Pod adresem urzędników referatu rozwoju gminy pasymskiego urzędu padło podczas ostatniej sesji Rady Miasta wiele gorzkich słów. Na pierwszy ogień poszedł jego kierownik Wiesław Szubka.

{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}

Radna Hanna Gryczka skarżyła się, że nie pomógł jej rozwiązać problemu zalanych pól. Woda wdarła się nie tylko na działkę, którą potem trzeba było wycofać z dopłat, ale i na drogę gminną stanowiącą dojazd do terenów rolniczych. Wszystko z powodu niedrożnego rowu melioracyjnego biegnącego pod drogą krajową nr 53.

- Zadzwoniłam do pana Wiesława, a on powiedział, że zgłosi sprawę GDDKiA – relacjonowała radna. Wkrótce potem Szubka miał stwierdzić, że Gryczka „zrobiła aferę”. Sama więc poinformowała telefonicznie o problemie szczycieński rejon GDDKiA. Na miejsce przyjechał pracownik generalnej dyrekcji, który potwierdził, że przepust trzeba pogłębić, ale jego firma może to zrobić tylko w granicach pasa drogowego. Wkrótce też pojawiło się tam trzech robotników, którzy, według radnej, cały dzień pracowali nad oczyszczeniem rowu. Szubka zaprzeczał jednak tej wersji.

- Też tam byłem, ale nikogo nie zastałem – mówił. Jego słowa jeszcze mocniej zirytowały Gryczkę.

- Niech pan nie opowiada takich rzeczy, że tam pan był. Pan tylko przez telefon stwierdził, że zrobiłam aferę – denerwowała się radna.

- Może na drzwiach nie trzeba wywieszać tabliczki „kierownik referatu” tylko: „tu siedzi leń” - dodawała z przekąsem. Jak mówiła, nie był to pierwszy przypadek zlekceważenia jej prośby o interwencję. Kilka lat temu sygnalizowała m.in. konieczność naprawy sufitu w przychodni, a do dziś nikt tym się nie zajął.

- Jest mi bardzo przykro, bo nigdy niczego nie nakazywałam urzędnikom, tylko przychodziłam po pomoc. Od pana jej nie uzyskałam – żaliła się.

JAK ZA KOMUNY

Rozpoczęty przez Gryczkę wątek kontynuowała Marianna Tańska. Ją także miała spotkać nieprzyjemność ze strony urzędnika podległego Szubce, Władysława Masłowskiego.

- Zadzwoniłam do niego w sprawie wymagającej natychmiastowej interwencji, ale usłyszałam, że najpierw muszę złożyć wniosek – relacjonowała Tańska. Przy kolejnej rozmowie z urzędnikiem, odbytej w obecności kierownika referatu miała się spotkać z opryskliwą reakcją jego podwładnego.

- Powiedział mi: „A za kogo wy się uważacie? Kim wy dla nas urzędników jesteście”. To zabrzmiało jak za głębokiej komuny – opisywała swoje wrażenia z rozmowy radna. Na koniec urzędnik miał stwierdzić, że tylko on ma odwagę powiedzieć radnym coś takiego „prosto w twarz”.

- Takie potraktowanie zdarzyło mi się w urzędzie po raz pierwszy, ale było mi bardzo przykro – dodawała radna, zapewniając, że nie jest „upierdliwa” i rzadko zwraca się z prośbą o cokolwiek do urzędników.

- Jak ma się czuć zwykły człowiek, który przychodzi do urzędu i nie wie, gdzie szukać pomocy? - zastanawiała się Tańska.

TAKIE SĄ PROCEDURY

O ustosunkowanie się do zgłoszonych uwag chcieliśmy poprosić burmistrza Bernarda Miusa i Wiesława Szubkę. Obaj jednak przebywali na urlopach. Z kolei Władysław Masłowski zaprzecza, aby niegrzecznie potraktował radną Tańską. Potwierdza jednak, że polecił jej złożyć wniosek, bo chodziło o jej prywatną sprawę, którą należało załatwić takim samym trybem jak każdego innego petenta.

- Wszelkie sprawy dotyczące kwestii służbowych załatwiane są na wniosek – tłumaczy urzędnik. W innych przypadkach należy się zwrócić do burmistrza lub kierownika referatu o udzielenie informacji. Jak wyjaśnia urzędnik, takie obowiązują procedury.

- Radni uważają, że mogą przyjść do nas z pominięciem drogi służbowej żądać np. wydania dokumentów, podczas gdy od udzielania informacji jest burmistrz – mówi Władysław Masłowski.

URZĄD MA BYĆ DLA LUDZI

Tymczasem sekretarz pasymskiego urzędu Jarosław Milewski tłumaczy, że w sprawach niecierpiących zwłoki urzędnicy powinni reagować nawet na telefon czy zgłoszenie ustne.

- Urząd ma być efektywny i dla ludzi – mówi sekretarz, dodając, że nie ma znaczenia, czy sprawę zgłasza zwykły mieszkaniec, radny, czy wypoczywający w okolicy turysta. Wnioski na piśmie są wymagane tylko wtedy, gdy trzeba wydać decyzję lub postanowienie. - Jeśli jednak trzeba np. naprawić drogę albo usunąć przewrócone drzewo, żadne pisma nie są konieczne – wyjaśnia sekretarz. Dodaje, że sygnały radnych często okazują się bardzo cenne. - Są oni naszym łącznikiem z mieszkańcami. Zgłaszają problemy, za co im dziękujemy – podkreśla Milewski.

Ewa Kułakowska

{/akeebasubs}