Już po raz czwarty, ulicami Szczytna przeszedł Marsz dla Życia i Rodziny. Jego uczestnicy manifestowali swoje przywiązanie do tradycyjnych wartości pod hasłem „Rodzina - Wspólnota Polska”.

Radosne święto rodziny

Jak co roku, tym razem 31 maja, obrońcy życia spotkali się na placu Juranda. - Idea naszych marszy jest niezmienna. Chcemy zamanifestować to, że cenimy życie od chwili poczęcia do naturalnej śmierci i każdy etap w życiu człowieka jest dla nas ważny – mówi jedna ze współorganizatorek, Katarzyna Dudek. Prowadzi ona Niepubliczny Dom Dziecka w Szczytnie. Po symbolicznym wypuszczeniu gołębi w przestworza, uformowano kolumnę, która ruszyła na ulice miasta. Jej czoło tworzyła strażacka orkiestra z Lidzbarka Welskiego. Barwny i wesoły pochód w takt marszowej muzyki powoli zmierzał do punktu docelowego - na plac parafialny kościoła Wniebowzięcia NMP.

- Oceniam liczbę uczestników na ponad 1000 osób – cieszy się koordynatorka marszu Halina Chorążewicz. Mówi nam, że dzięki temu jego uczestnicy skuteczniej mogą zamanifestować swoją radość i dumę z posiadania rodziny i przywiązanie do tradycyjnych wartości.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *} 

Po dotarciu marszu na plac parafialny, na uczestników czekał słodki poczęstunek, napoje i wystawa prac plastycznych przedszkolaków oraz uczniów szkół podstawowych biorących udział w konkursie „Moja Rodzina - moja Ojczyzna”. Z kolei na muzycznej scenie prezentowali się młodzi miejscowi soliści, a na koniec wystąpił zespół Full Power Spirit. Równocześnie odbywały się liczne konkursy i zabawy. Chętni mogli pościgać się w workach, rywalizować w piłkarskim slalomie, poskakać na skakance czy wreszcie spróbować swoich sił w rzucie piłką do celu i w żonglerce. Pod swój namiot zapraszała też drużyna łucznicza do konkursu strzelania z łuku. Obok odbywały się wyścigi na czterokołowym rowerze. Zawody były dla całych rodzin, z atrakcyjnymi nagrodami. Dla taty - talon na paliwo, dla mamy karnet do salonu piękności, a dla dzieci - nagrody zabawki.

Wszystkim tym atrakcjom towarzyszył jeszcze mały... zwierzyniec. W przyparafialnym ogródku hasały kózki, a obok nich, choć w klatce popasały króliki. Zwierzaki najbardziej przypadły do gustu najmłodszym uczestnikom marszu.

- Atmosfera jest prawdziwie rodzinna - mówi pani Beata, która w marszu uczestniczy od początku, razem z mężem i córeczką Asią, zajadającą się akurat cukrową watą.

Dodaje, że nie wyobraża sobie rodziny inaczej, jak związek kobiety i mężczyzny, którego ukoronowaniem są dzieci poczęte w naturalny sposób.

Marek J.Plitt{/akeebasubs}