W późnych godzinach nocnych w Dąbrowach (gm. Rozogi), lekarz ze Szczytna wraz z pacjentem z tej miejscowości, szukali pomocy u sąsiadów. Niestety, mimo wielokrotnego pukania do drzwi kilku posesji, nikt im nie otworzył. Gdy wydawało się, że przypadek może skończyć się poważnymi komplikacjami zdrowotnymi, pomoc okazał dopiero proboszcz miejscowej parafii.

Ratunek na plebanii

W nocy z wtorku na środę minionego tygodnia, dyżurujący w ambulatorium lekarz Włodzimierz Tarasiuk otrzymał wezwanie do pacjenta mieszkającego w Dąbrowach (gm. Rozogi). U chorego zaopatrzonego w cewnik doszło do zatrzymania moczu, wskutek czego cierpiał on okropne bóle. Doktor Tarasiuk wyruszył zatem do Dąborów. Tam chory czekał już na ulicy, bo chciał być wieziony do Szczytna. Zdziwiło to lekarza, bo nieskomplikowany zabieg należało wykonać jak najszybciej na miejscu. Cóż, okazało się, że pacjent mieszka w małym domku, w którym nie ma w ogóle elektryczności. W ciemnościach zabiegu nie da się wykonać. Nastąpiła krytyczna sytuacja, bo czas naglił. Jazda do Szczytna nie wchodziła w grę, gdyż trwałaby zbyt długo. Podczas niej mogłoby dojść do pęknięcia przepełnionego pęcherza, co groziłoby poważnymi komplikacjami. Nie mając innego wyboru, lekarz wraz z pacjentem skierowali się do pierwszego z brzegu zabudowania. Niestety była już późna noc, dochodziła pierwsza i nikt nie otwierał. Pukali tak kolejno od drzwi do drzwi, lecz bez skutku.

{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}

Wreszcie dotarli na plebanię i dopiero tam wpuścił ich do środka miejscowy proboszcz, ks. Jan Kisłowski.

Doktor Włodzimierz Tarasiuk przystąpił niezwłocznie do zabiegu. Nie obeszło się bez rozlania na podłogę plebanii płynu uwolnionego z przepełnionego pęcherza.

- Ksiądz jedynie się uśmiechnął i powiedział, że są to zwyczajne ludzkie sprawy. Jeszcze zaproponował nam kawę i herbatę - relacjonował nam doktor Tarasiuk. Zabieg nie był zbyt skomplikowany i nocna interwencja lekarska w tak niespodziewanym miejscu jak plebania, dobiegła do szczęśliwego końca.

- Nic nadzwyczajnego nie uczyniłem. Przecież drzwi otwieram każdemu potrzebującemu, czy to we dnie, czy w nocy - mówi ks. proboszcz Jan Kisłowski w rozmowie z „Kurkiem”. Dziwi się jednak, że nikt z mieszkańców Dąbrów nie otworzył. Przecież powinni choćby zerknąć przez okno, aby sprawdzić kto to się dobija. Wówczas zobaczyliby, że to pan Józef, znany przecież wszystkim, a nie jakiś złodziej czy bandyta.

PERYPETIE Z DOMOFONAMI

- Przypadki nieotwierania drzwi są dość częste – skarży się Włodzimierz Tarasiuk, a przecież czas w przypadku lekarskich interwencji odgrywa decydującą rolę. Nierzadko bywa tak, że lekarze mają wezwania do pacjentów chorujących obłożnie np. w bloku. Są akurat sami i nie mogą wstać z łóżka, aby nacisnąć przycisk domofonu. Ich sąsiedzi z kolei nie chcą tego uczynić z obawy, że może dzwoni jakiś złoczyńca.

Marek J.Plitt

{/akeebasubs}