Tydzień temu mój redakcyjny kolega Marek Plitt przypomniał na łamach „Kurka” o jubileuszu siedemdziesięciopięciolecia szczycieńskiego ratusza. Rzeczywiście mamy obecnie rok jubileuszowy. Niemieccy urzędnicy wprowadzili się do nowego, biurowego budynku w listopadzie roku 1937. Trwały jeszcze wówczas roboty poprawkowe i wykończeniowe, toteż wciąż odkładano uroczyste otwarcie nowej siedziby władz, ale formalnie gmach już funkcjonował. Oficjalną inaugurację odkładano i odkładano, aż w roku 1939 wybuchła wojna.
Warto wspomnieć, że wcześniej, to jest jesienią 1936 odbyło się w Szczytnie, czyli w Ortelsburgu, wielkie miejscowe święto związane z położeniem kamienia węgielnego pod nowy budynek ratusza. Uczestniczyli w nim także wysocy urzędnicy z Berlina, a podczas przyjęcia, w namiocie na dziedzińcu, zjedzono całego jelenia.
{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Ja – zupełnie nowy szczytnianin - uważam, że mieszkańców miasta powinna duma rozpierać, że tak znakomity architektonicznie obiekt zdobi obecnie centrum Szczytna. Niezależnie od tego kto i kiedy go zbudował. I dlatego w dzisiejszym felietonie zamierzam nieco rozszerzyć to co opowiedział Marek Plitt.
Marek wspomniał wcześniejszy projekt wiedeńskiego architekta Josefa Hoffmanna przypominający pałac weneckich dożów. Ale było jeszcze jedno, późniejsze opracowanie – romantyczny projekt ceglanego, gotyckiego budynku z wieżyczkami, wykuszami i wąskimi oknami zwieńczonymi spiczastymi łukami. Opracowanie było mało nowoczesne, zatem odpadło jako niefunkcjonalne. Wreszcie – za czasów burmistrza Bruno Armgardta – powierzono przygotowanie nowego projektu profesorowi Kurtowi Frickowi z Koenigsberg (Królewca).
Burmistrz Bruno Armgardt miał w roku 1936 czterdzieści lat. Był burmistrzem Ortelsburga do końca wojennych zmagań o Szczytno. Po wojnie dożył lat osiemdziesięciu czterech. Zmarł w roku 1980. O zaangażowaniu do prac koncepcyjnych profesora Fricka tak się niegdyś pan burmistrz wypowiedział: Najlepszy w Prusach Wschodnich architekt, profesor Kurt Frick wyraził gotowość, dzięki Bogu, podjęcia się przeprowadzenia projektu. W przypadku ratusza w Ortelsburg rozwiązał go jako architekt i artysta w taki sposób, którego nikt nie mógł przewyższyć.
O reprezentacyjnej budowli i historii jej powstania można by opowiedzieć bardzo wiele. Ale to temat na historyczny esej, a nie felieton. Dodam zatem, że ratusz budowały dwie firmy budowlane, której właściciele nosili dość swojsko brzmiące nazwiska - Grzella i Laskowski. Największym dla nich problemem było zdobycie odpowiedniej ilości stali do zbrojenia betonu. Stal w owym czasie była reglamentowana z uwagi na potrzeby przemysłu zbrojeniowego (przygotowania do wojny). Jednak jakoś się udawało. Zamawiane gigantyczne ilości przywoziły ogromne składy pociągów towarowych z hut Düesseldorfu.
Felieton – jako się rzekło – ma swoje prawa; zatem kilka ciekawostek.
Do dzisiejszego muzeum wchodzi się po schodkach przez mały ganeczek. Pomieszczenia na wejściowej kondygnacji (parter) to było niegdysiejsze mieszkanie burmistrza Armgardta. Przy okazji wizyty w Muzeum Mazurskim proszę przyjrzeć się rozkładowi stosunkowo skromnego wnętrza. Ponadto zachęcam do podziwiania częściowo zachowanych kryształowych (!) szyb głównej klatki schodowej w centralnym hallu. W artystycznym szlifie przedstawiono tam herby wszystkich ówczesnych rzemieślniczych cechów.
Marek Plitt napisał o tym, że elewacja nigdy nie była odnawiana. Właśnie. Teraz, kiedy wymieniono dachówkę, ponad siedemdziesięcioletni brud na ścianach budynków mocno razi w kontraście z nowiutkim dachowym pokryciem.
Na zakończenie anegdotka natury rodzinnej. Niedawno w jednym z internetowych komentarzy do artykułów w „Kurku” wytknięto mojej żonie, że ma zawsze takie samo zdanie jak ja. Co prawda jest odwrotnie, czyli to ja mam takie zdanie jak ona, ale tak czy inaczej odpowiedziałem internaucie, że to akurat chyba dobrze. Tymczasem właśnie z okazji budynku ratusza poróżniliśmy się.
Od Pani Burmistrz naszego miasta otrzymaliśmy informację, że powstała koncepcja wyłożenia wewnętrznego dziedzińca kostką granitową w miejsce istniejących betonowych płyt. Płyty te wylane przed ponad siedemdziesięciu laty są paskudnie popękane, zapadają się i w ogóle – jak dla mnie – wyglądają podobnie do zaniedbanych nadbrzeżnych bulwarów Bułgarii – resztek dawnej socjalistycznej wielkości. To ja już wolałbym tę kostkę, która zresztą otacza cały budynek.
Tymczasem moja żona - historyk - uważa, że jeśli tak właśnie oryginalnie zaprojektowano dziedziniec, to tak powinno zostać i już. No i mamy rodzinny konflikt architekta z historykiem. Temat pozostawiam do dyskusji. Aczkolwiek warto zastanowić się nad zupełnie innym aspektem. Mianowicie jak po kostce brukowej można chodzić w szpilkach. Nie wiem, bo nigdy nie chodziłem, ale temat dotyczy pań z ratusza. W tym Pani Burmistrz!
Przyznam, że nie będę za bardzo obstawał przy swoim zdaniu. Zwłaszcza, że dzisiejszy felieton oparłem o historyczną wiedzę mojej żony. Bez tej wiedzy byłbym tylko kiepsko edukowanym warszawiakiem. Fuj!
Andrzej Symonowicz
{/akeebasubs}
