Wyjątkowo długi tegoroczny okres świąteczny mamy już za sobą. Trwał on tym razem od piątku do środy, czyli prawie tydzień. Przez owe sześć dni telewizja serwowała nam kiczowate filmy oraz przesłodzone programy pełne odniesień do mniej lub bardziej prawdziwych świątecznych tradycji.

Zawszeć to jednak lepsze od całorocznego, codziennego oglądania na ekranie wybrańców narodu zwanych politykami, mówiących o sprawach błahych, ponieważ polityka prawdziwa, znacząca coś dla świata, jest na ogół poza zasięgiem ich możliwości percepcyjnych. Miło było zatem odetchnąć od widoku owych „hodowców”, bowiem typowy polski polityk postrzegany jest przeze mnie jak właściciel hodowli bydełka, które trzeba nakarmić i napoić, a także zadbać o nie na tyle (ani trochę więcej), aby później można je było wydoić. Stosownie i zyskownie.

{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}

Nieustanne „parcie na szkło”, czyli chęć pokazywania się na szklanym ekranie znakomicie zinterpretował Jacek Żakowski w wywiadzie dla „Gazety Olsztyńskiej”. Powiedział tak: Politycy oszukują, że uprawiają politykę, a w gruncie rzeczy załatwiają swoje interesy za parawanem tej pararozrywkowej działalności. Dalej znakomity dziennikarz owo oszukiwanie tak określa: Zupełnie jak w operze, gdzie śpiewak krzyczy: biegnę, biegnę, a tak naprawdę stoi, bo biegnąc źle się śpiewa. W tym miejscu złośliwa wyobraźnia podsuwa mi obraz biegnącego posła Kalisza – najpopularniejszego z aktorów telewizyjnej opery.

I tak za sprawą telewizji sam siebie sprowokowałem do wypowiedzi na temat politycznych salonów, choć ów temat uważam za żenujący i niewart dyskusji. Zatem co prędzej wycofuję się z salonów. A gdzie można stamtąd wycofać się najprościej? Oczywiście do kuchni.

Kucharzenie to moje hobby, toteż dość często zdarza mi się oglądać któryś z niezliczonych, telewizyjnych kanałów kulinarnych. Niby w celach poznawczych, ale tak naprawdę to raczej rzadko dowiaduję się z nich czegoś nowego. Zresztą od dawna mam swoje priorytety i niełatwo zaciekawić mnie poza nimi.

Ze słynnych, narodowych kuchni niezbyt lubię kuchnię włoską, natomiast francuska, w wersji reprezentacyjnej, jest dla mnie zbyt wydumana. Co innego jej odmiana wiejska, regionalna. Alzacka tarte flambee, czyli placek podobny do pizzy, ale cieńszy i chrupki, pokryty zapiekaną w śmietanie szynką, cebulą i miejscowym śmierdzącym serem (munster), to rozkosz w gębie. Włoska pizza odpada!

W Szwajcarii zajadałem się stekami z koniny. Mięso rewelacyjne na grill. Smaczniejsze od wołowiny. I pomyśleć, że przed wielu, wielu laty, w klubie studenckim „Stodoła” można było zamówić tatar z koniny. No i zamawialiśmy, ale nie dla jego szczególnego smaku, tylko dlatego, że konina była wówczas najtańszym mięsem. A dzisiaj to rzadki rarytas.

Lubię także kuchnię czeską. Szczególnie ichnie gulasze z nieodłącznymi knedlikami. Do tego – oczywiście – piwo. Doskonale znam kuchnię hiszpańską, gdzie preferuję wszelkie odmiany owoców morza. Jednak najbardziej fascynują mnie smaki chińskie. Do niedawna mało znane w Polsce, dzisiaj szeroko spopularyzowane poprzez niezliczone chińskie knajpy i knajpeczki. Kilkanaście lat temu trafiła mi się szczególna okazja bliskiego zetknięcia z tematem azjatyckiej gastronomii. Zapewne stąd owa fascynacja.

Wiele lat przed drugą światową wojną pan Ou wyruszył z Chin i dotarł do Polski. Na Litwie poznał Jankę Adamukajtis i ożenił się z nią. Wojnę spędzili w Łodzi i w Czechosłowacji. Po wojnie, w latach sześćdziesiątych, zaproponowano panu Ou założenie restauracji chińskiej w centrum Warszawy. Był to okres ożywionej współpracy z Chinami i rozkwitu przyjaźni polsko-chińskiej. Restaurację otwarto przy ulicy Marszałkowskiej 55. Sprowadzono chińskich kucharzy. Prosto z Chin Ludowych dostarczano składniki i przyprawy. Restaurację nazwano „Szanghaj”. Zachodziłem tam. Niespotykana w owych latach atrakcja!

Po okresie transformacji, kiedy w Warszawie zaroiło się od chińskich lokali, „Szanghaj” zaczął podupadać. Restauracja od kilkudziesięciu lat trwała w niezmienionej wersji. Postanowiono zatem odświeżyć i przebudować kolejne pomieszczenia. I tę właśnie pracę powierzono mnie jako architektowi wnętrz.

Nie była to łatwa robota. „Szanghaj” to dwie sale na parterze i trzy na piętrze. Każda reprezentowała inny okręg ogromnych Chin. No, ale jakoś to wyszło. Merytorycznie i naukowo pomagał mi pan Andrzej Wawrzyniak – słynny dyrektor Muzeum Azji i Pacyfiku. To była ciekawa współpraca. No a poza tym poznałem wreszcie chińską kuchnię „od kuchni”!

„Szanghaj” w nowej wersji jeszcze kilkanaście lat dzielnie walczył o lepsze jutro. Wreszcie, całkiem niedawno, padł. Przegrał, między innymi, w konkurencji z kilkoma restauracjami prowadzonymi przez liczną rodzinę potomków pana Ou. Tego, który niegdyś stworzył restaurację „Szanghaj”, ale zaraz potem został przez PRL-owskie władze jej pozbawiony. Co zresztą odbyło się w niezbyt ładny sposób. No ale to już osobny temat.

Andrzej Symonowicz

{/akeebasubs}