ZGUBA

Ścieżkowe ciekawostki

W poprzednim numerze pisaliśmy o tym, że można doznać popieszczenia prądem na szlaku pieszo-rowerowym nad dużym jeziorem za sprawą elektrycznego pastucha. Postawiono go tam niby dla zwierzaków gospodarskich, czyli bydła, a kopie prądem wypoczywających na ławkach ludzi. Dziś czas na niespodzianki innego rodzaju. Zacznijmy od zguby. Komuś wyleciały z kieszeni lub torby zwyczajne, domowe klucze. Jednak jakaś dobra dusza powiesiła je na siatce, zaraz za elektrycznym pastuchem, jeślibyśmy szli od strony miasta. Może zostaną one rozpoznane ku uciesze osoby, która je posiała, więc dodajmy jeszcze, że skuwki są koloru żółtego i niebieskiego.

DLACZEGO PO STRONIE ROWEROWEJ?

Nasi Czytelnicy pytają, dlaczego nieomal wszystkie ławki stoją po stronie szlaku dla rowerzystów, a nie np. od strony jeziora, na które ten i ów chciałby popatrzeć, gdy już się usadowi. Wychodzi na to, że gdy mamy chęć przysiąść, musimy przechodzić przez szlak rowerowy, a wtedy można wpakować się pod koła i tyle! Cóż, po prostu ścieżka przebiega zbyt blisko brzegu i gdyby od jego strony ustawić ławkę, stałoby się tak, że nogi moczylibyśmy w wodzie, co w chłodniejsze dni nie jest wskazane.

Pośrednim wyjściem byłoby ustawienie ławek pośrodku. Nawet, ruszając na szlak, znaleźliśmy taki odcinek ścieżki, na którym to możliwe, ale niestety, gdzie indziej po prostu brakuje miejsca, no i jakby nie kombinował, nie da rady.

{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}

ZWYCZAJNY, NIEZWYCZAJNY MOSTEK

Tuż za plażą, a jeszcze przed byłym browarem ścieka pieszo-rowerowa biegnie po mostku przerzuconym nad kanałem łączącym oba jeziora. Mostek jest całkiem sympatyczny i sprawia wrażenie lekkości, w przeciwieństwie do starej drewnianej, ciężkawej konstrukcji, która była zaopatrzona nawet w daszek. No, ale kto spaceruje podczas deszczu - niewielka była więc z niego pociecha. Nowy mostek jest niby zwyczajny, a przynajmniej takie sprawia wrażenie gdy popatrzymy nań z daleka. Ot, zwykła metalowa balustrada, choć z efektowną błyszczącą poręczą....

MIŁOŚĆ NA ZAWSZE!

Zastanawiające są natomiast szczegóły na mostku. Oto widzimy, że pod poręczą wiszą.... jakieś kłódki. - Co zacz? - zapyta ten, kto nie był nigdy zakochany. Tymczasem są to tzw. kłódki miłości i to miłości dozgonnej, czyli na zawsze. Według legendy zwyczaj wieszania takich przedmiotów wywodzi się ze średniowiecznej Florencji, ale tak naprawdę obyczaj został rozpropagowany w świecie dopiero w 2006 r. Stało się to dzięki powieści „Tylko Ciebie chcę” Federico Moccia. Jest w niej scena, w której zakochani, trzymając się za ręce, wchodzą na most. Zatrzymują się przy barierce… ale nie. Nie skaczą w odmęty, tylko wyjmują kłódkę, składają na niej podpis, po czym przypinają ją do balustrady. Kluczyk, na znak miłości na zawsze, wrzucają do wody. No i odtąd w większości krajów europejskich powstały miejsca, gdzie masowo wiesza się kłódki miłości. Jak podaje „Wikipedia”, w Polsce jest 14 miejscowości (dużych i mniejszych) z mostkami „miłości”. No tak, trzeba byłoby to zaktualizować, że nie 14, a 15. Warto byłoby też rozpropagować rodzący się w Szczytnie obyczaj szerzej, aby wiedzieli o tym turyści, zwłaszcza ci zakochani.

FINAŁ NIETRWAŁEGO UCZUCIA

W Szczytnie, jak na razie, na mostku nie wisi wiele kłódek, ale to dopiero początek zjawiska, czy też obyczaju. We wspomnianej Florencji i w innych miastach włoskich niektóre mostki wprost uginają się pod ciężarem tych miłosnych gadżetów. Podobna gęstwina wisi na moście we Wrocławiu, którego władze chcą zakazać procederu. Powołują się na Wenecję, gdzie już zakazano wieszania kłódek na jednym z zabytkowych mostów. Balustrady faktycznie ulegają tam zniszczeniom, ale nie tyle od tego, że wiszą na nich kłódki, a z powodu.... nietrwałych uczuć. W gorącej Italii dzieje się tak, że krewki Włoch, gdy rzuci go umiłowana lub co gorsza zdradzi (a dzieje się to dość często), pędzi rozwścieczony na most i rozwala kłódkę młotkiem, niszcząc przy okazji elementy mostu, no i stąd ten zakaz. Tak przynajmniej tłumaczyła „Kurkowi” przewodniczka, gdy wojażował on po Wenecji.

NASZA GASTRONOMIA

Miasto nasze, jako brama do Mazur, powinno w dużej mierze żyć m.in. z turystyki, kusząc swoimi ciekawymi ofertami przyjezdnych. Ale jak kusić, gdy nie kusi, bo oto popatrzmy na „menu” jednej z miejscowych knajpek. Na sporej tablicy widnieje tylko jeden, jedyny asortyment i nic ponadto. - Chciałoby się wypić kawkę, a tu tylko piwo... - zagadnął „Kurka” pewien turysta, jak się okazało, aż z odległego Szczecina. Dziwił się, że miejscowym zupełnie nie zależy na obrotach. Gdy mimo wszystko weszliśmy obaj do środka, okazało się, że wbrew menu, lokal ma znacznie bogatszą ofertę. Oprócz kilku rodzajów piwa, można było wybrać kawę czy herbatę, poza tym uraczyć się rozmaitymi napojami, w tym także procentowymi.

PLAC-SKARB

Lokal jest usytuowany dość wysoko, skąd można obserwować m. in. plac Juranda, albo zamkowe ruiny. - Taki plac w centrum miasta to skarb – ocenił turysta. Samochody jego zdaniem powinno się jak najprędzej z niego przegnać, a pod ratuszem urządzić ogródki z małą gastronomią. Do tego powinna działać tam mała scena, na której grano by jakieś koncerciki przez całe lato, obok niechby działały jakieś galerie czy wystawy pod chmurką. Wszystko po to, aby zatrzymać choćby na chwilę turystów, którzy przewijają się przez nasze miasto. Przez 15 minut jak piliśmy herbatę i z tarasu kawiarenki spoglądaliśmy m. in. na zamkowe ruiny, tak na oko przewinęło się przez nie kilkadziesiąt osób. Wychodzi na to, że w skali dnia byłby to już spory tłum. Stąd wniosek, że turyści w Szczytnie jednak są, trzeba tylko ich umiejętnie „zagospodarować”.

{/akeebasubs}