- Sport mam we krwi, bez niego nie umiałbym żyć – mówi Janusz Jastrzębski, nestor szczycieńskich sportowców, który mimo ukończenia 80 lat wciąż pozostaje aktywny i myśli o startach w kolejnych zawodach. Szacuje, że próbował około trzydziestu dyscyplin, z czego wyczynowo trenował m.in. floret, lekką atletykę, badmintona, tenis ziemny, czy kolarstwo. Do tego był działaczem sportowym, założycielem klubu, trenerem młodzieży. Za zasługi w krzewieniu kultury fizycznej redakcja „Kurka” przyznała mu tytuł Człowieka Sportu w XXVI Plebiscycie na Najpopularniejszego Sportowca Powiatu Szczycieńskiego.

Sportowe pasje pana Janusza
Janusz Jastrzębski przed startem w 11. UCI World Masters Road Championships w austriackim St. Johann w 2005 r.

ODSKOCZNIA OD SMUTNEGO DZIECIŃSTWA

Janusz Jastrzębski to postać w Szczytnie powszechnie znana. Przez wiele lat był dyrektorem Miejskiego Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej, naczelnikiem wydziałów gospodarki komunalnej i gospodarki przestrzennej w Urzędzie Miejskim, a także radnym kilku kadencji. Po przemianach ustrojowych stanął na czele komisji, której celem było przeprowadzenie komunalizacji miasta. Aktywność zawodową i społeczną przez całe życie łączył z miłością do sportu, który zaczął uprawiać już w dzieciństwie, które nie należało do łatwych. Urodził się w 1942 r. we Lwowie i bardzo wcześnie stracił rodziców. - Nawet ich nie pamiętam. Zostało mi po nich tylko ślubne zdjęcie – mówi ze smutkiem pan Janusz. Po wojnie najpierw krótko mieszkał w Biskupcu Pomorskim, a potem trafił do Szczytna. - Żyję tu już 70 lat – podkreśla.

Od najmłodszych lat ucieczką od szarej powojennej rzeczywistości i wszechobecnej biedy był dla niego sport. Jako mały chłopiec ścigał się z kolegami w biegach. Potem przyszła fascynacja szermierką, inspirowana powieściami o Trzech Muszkieterach. - Znajdowaliśmy drewniane żerdzie, które odpowiednio obrabialiśmy, aby przypominały szpady. Walczyliśmy między sobą nimi nieraz długimi godzinami – wspomina pan Janusz. Dodaje, że najbardziej fascynowały go dyscypliny związane z szybkością. Z powodzeniem uprawiał biegi na 100 metrów. - W młodości osiągałem na tym dystansie czas 12,2 sekundy, i to startując nie w trampkach, tylko zwykłych butach – mówi. Próbował też sił w pchnięciu kulą, a właściwie … kamieniem. Rzucał też gumowym dyskiem, a także jeździł na łyżwach, które robił początkowo sam, przymocowując do butów specjalnie wyprofilowane druty. Prawdziwe panczeny dostał od kolegi, który wymienił je z panem Januszem na album ze znaczkami.

KLENCZON WPADA NA JAJECZNICĘ

Po skończeniu podstawówki w Szczytnie wyjechał do Elbląga, gdzie kontynuował naukę w szkole średniej. Tam, już na poważnie, zaczął trenować w miejscowym Starcie floret. {akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}  - Wybrałem tę dyscyplinę, bo w odróżnieniu od szpady czy szermierki, była dużo delikatniejsza – opowiada nasz rozmówca. W Elblągu uprawiał też lekką atletykę. Czasem trenował do bardzo późnych godzin, przez co wracał do internatu, kiedy ten był już zamknięty. - Wtedy wchodziłem do pokoju przez balkon. Pewnego razu nakrył mnie dyrektor i ukarał, zakazując mi śniadania – wspomina ze śmiechem pan Janusz.

Po powrocie do Szczytna podjął pierwszą pracę zarobkową jako kelner. Dziś tamte czasy wspomina z sentymentem, bo w tej profesji szło mu bardzo dobrze. Pracował w dawnej restauracji „Pod Tęczą” i późniejszym „Pofajdoku” na ul. Linki. Tam spotykał swojego rówieśnika Krzysztofa Klenczona. - Przychodził tam czasem na śniadania. Jak akurat nie było ludzi, to sobie rozmawialiśmy. Pamiętam jak dziś, jak zamawiał jajecznicę – snuje wspomnienia pan Janusz.

Zdobył nawet jako kelner uprawnienia mistrzowskie. Egzaminy zdał na piątkę, choć miał silną konkurencję.

CZASY TKKF-u

Janusz Jastrzębski (z lewej) i Bogusław Palmowski – koledzy z czasów TKKF. Pierwszy był wiceprezesem do spraw sportowych, drugi – prezesem. Na zdjęciu podczas podsumowania Plebiscytu „KM”

Po odbyciu służby wojskowej i ukończeniu technikum w Olsztynie pracował jako mechanik z ZRM, a potem MPGK. Odbył studia na Wydziale Mechanicznym Politechniki w Białymstoku. Mając zaledwie 26 lat, został dyrektorem MPGK. Jak wspomina, w skład przedsiębiorstwa wchodziło aż 13 zakładów, które zajmowały się szeroko pojętą gospodarką komunalną, w tym administracją budynków komunalnych, targowiska miejskiego i cmentarza, budową nagrobków, gospodarką odpadami, dystrybucją gazu, oczyszczalnią ścieków i wodociągami. W tamtym okresie aktywnie działał w Towarzystwie Krzewienia Kultury Fizycznej, na czele którego stał Bogusław Palmowski. - Ja byłem wiceprezesem do spraw sportowych, a Wiesław Siurnicki – organizacyjnych – opowiada.

Pod szyldem TKKF odbywała się rywalizacja sportowa między szczycieńskimi zakładami pracy. Pan Janusz wspomina, że w MPGK udało mu się zebrać bardzo silną ekipę. - Jak kogoś przyjmowałem do pracy, to zawsze pytałem, czy uprawia jakiś sport. Gdy tylko usłyszałem odpowiedź twierdzącą, to go od razu przyjmowałem. Nic dziwnego, że reprezentacja MPGK nie miała sobie równych w międzyzakładowej rywalizacji. - Silna była melioracja i „Lenpol”, ale na ogół musieli uznać naszą wyższość.

NAJLEPSZY WŚRÓD DYREKTORÓW

Organizowano także zawody dyrektorów największych zakładów w wieloboju. Zawodnicy musieli się wykazać w biegach na 100 i 400 metrów, skoku w dal, rzucie kulą i dyskiem. Janusz Jastrzębski wspomina, że zwłaszcza w tych ostatnich dyscyplinach miał silną konkurencję w osobach postawnych szefów melioracji oraz „Unimy”. Sam odznaczał się raczej drobną posturą, więc rywale byli pewni swego. Przed jednymi z zawodów, pan Janusz podszedł jednak do treningów bardzo ambitnie i długo przygotowywał się do startu. Pchnięcie kulą ćwiczył na stadionie na ul. Śląskiej. Traf chciał, że jego poczynania obserwowała z balkonu sąsiedniego bloku nauczycielka wychowania fizycznego po AWF-ie specjalizująca się w tej dyscyplinie. - Stwierdziła, że pcham kulą źle, bo nie mam odpowiedniej masy ciała. Poradziła, abym zmienił technikę technikę rzutu i pchał z obrotu.

Rada specjalistki okazała się bardzo cenna. Jeszcze podczas tego samego treningu pan Janusz pchnął kulę na odległość prawie 13 metrów. - W dniu zawodów Henryk Hańczaruk (dyrektor „Unimy”) stwierdził, że przerzuci mnie o jakieś 2 metry. Przytaknąłem mu, ale w duchu pomyślałem sobie, że mu się nie dam – opowiada. Tak też się stało, bo, ku zaskoczeniu rywali, pchnął kulę na odległość 13,36 m, o sześć centymetrów dalej od faworyzowanego dyrektor melioracji. W trakcie tych zawodów pan Janusz wygrał wszystkie konkurencje.

KS „KOMUNALNI”

 

Jego kolejną ulubioną dyscypliną był badminton. Miłością do niego zarażał młodzież. Z myślą o niej założył Klub Sportowy „Komunalni”, który w latach swojej świetności awansował do II ligi. Pan Janusz trenował swoich podopiecznych trzy razy w tygodniu. W tym celu ukończył kurs instruktorski i sędziowski. Był też członkiem Polskiego Związku Badmintona. Jego podopieczni osiągali sukcesy na arenie ogólnopolskiej. Wygrali m.in. odbywający się w Suwałkach turniej, w którym uczestniczyły kluby z całej północno-wschodniej Polski. Po zakończeniu zmagań sportowych szef związku badmintona poprosił wszystkich uczestników o zaprezentowanie swojego sprzętu. - No i pod tym względem wypadliśmy najgorzej – śmieje się pan Janusz, który dla swoich podopiecznych był nie tylko trenerem, ale też kierowcą, wychowawcą i sponsorem. - Jak jeździliśmy na zawody, to sam oszczędzałem, żeby kupić dzieciakom bułki, oranżadę czy wodę.

 

Janusz Jastrzębski, o czym pewnie nie wszyscy wiedzą, wymyślił nową grę, łączącą elementy badmintona i … koszykówki. - Kiedyś na treningu trochę od niechcenia zacząłem rzucać lotkę do kosza. Wtedy pomyślałem sobie, że ludzi najbardziej emocjonują dyscypliny, w których padają bramki. Tak narodził się pomysł na grę o nazwie JARO, od nazwiska pana Janusza i jego kolegi, z którym grał w badmintona, Romana Rosy. Polega ona na takim podawaniu sobie przez zawodników lotki, aby zdobyć gola, strzelając do podwieszanej bramki. Gra zyskała nawet w pewnych kręgach popularność, ale, jak mówi pan Janusz, aby ją wypromować, potrzeba było nakładów finansowych i nagłośnienia medialnego, a tego nie był w stanie zapewnić, trochę z powodu … własnej nieśmiałości. - Kiedy do mnie do pracy przyjechała ekipa telewizji z Olsztyna, uciekłem z gabinetu innymi drzwiami.

 

WIELBICIEL SZYBKIEJ JAZDY

Od dziecka interesował się kolarstwem, ale na profesjonalne uprawianie tej dyscypliny zdobył się dopiero po zakończeniu aktywności zawodowej. Pierwszy rower, „górala”, kupił dopiero po przejściu na emeryturę. Szybko jednak stwierdził, że nie jest to sprzęt dla niego, bo jeździ się nim za wolno. Postawił więc przesiąść się na kolarzówkę. Najpierw kupił rower o za dużej ramie, kolejny, wykonany z karbonu, sprowadził już ze Stanów Zjednoczonych. - Najbardziej lubię szybką jazdę na czas. Po pierwsze, jedzie się samemu i nikt mi nie przeszkadza. Po drugie, w grupie nie da się szybko jechać.

 

W tej dyscyplinie pan Janusz zdobył cztery tytuły Mistrzostw Polski MASTERS. Startował też pięć razy na mistrzostwach w St. Johann w Austrii na dystansach 90 i 20 km na czas. Żałuje, że zawody rangi mistrzostw świata są organizowane w dalekich krajach, takich jak RPA czy Australia. Wyprawa tam to nie lada przedsięwzięcie, głównie finansowe.

UCIEKŁ ZE SZPITALA, ŻEBY POJECHAĆ NA ZAWODY

Sportowa pasja ma swoje blaski, ale i cienie. Niewiele brakowało, aby pan Janusz przypłacił ją życiem. Tak było, kiedy przygotowywał się do udziału w rakietowej jeździe na czas w Toruniu. - Rok wcześniej zająłem tam II miejsce, więc intensywnie trenowałem, aby dobrze wypaść . Pewnego dnia jechał kolarzówką drogą krajową na Ostrołękę. Pod Rozogami potrącił go tir. - Kierowca co prawda na mnie trąbił, ale nie miałem możliwości, aby zjechać na pobocze, które było zniszczone, a dalej znajdował się piach. Wiedziałem, że jeśli to zrobię, przewrócę się albo w jedną, albo w drugą stronę.

 

Po wypadku pomocy udzielili mu jadący z tyłu samochodem chłopcy, natomiast kierowca uciekł. - Jeden z tych chłopaków pojechał za nim i zatrzymał go. Przeszedł chyba z 300 metrów i zaczął mnie przepraszać. Powiedziałem, żeby jechał dalej.

 

Pan Janusz nie zdecydował się na wezwanie pogotowia i policji. Będąc pod wpływem adrenaliny, nie odczuwał jeszcze skutków uderzenia. Choć brzmi to nieprawdopodobnie, o własnych siłach wrócił rowerem do Szczytna i udał się do serwisu, aby zapytać o naprawę lekko uszkodzonego koła. Dopiero po powrocie do domu, poczuł, że puchnie mu udo. - Miałem wrażenie, że pękają mi żyły. Noga spuchła tak, że nie mogłem założyć spodni. Syn zaproponował mu zawiezienie do szpitala, ale odmówił, tłumacząc, że sam wykuruje się w domu. Noga puchła jednak coraz bardziej. Dlatego w końcu zdecydował się na wizytę w przychodni, dokąd udał się sam, autem. Tam poczuł się na tyle źle, że zemdlał. Wezwano karetkę, która zawiozła go do szpitala. Spędził w nim półtora miesiąca, ale nie dokończył leczenia i … uciekł, żeby wystartować w zawodach w St. Johann. Z niewyleczoną nogą wziął udział w dwóch wyścigach. Po powrocie do Szczytna znów znalazł się w szpitalu.

OSIEMDZIESIĄTKA TO NIE PRZESZKODA

Panu Januszowi udało się wrócić do zdrowia i po wypadku kontynuował starty w zawodach kolarskich. Korzystający ze ścieżki pieszo – rowerowej często spotykają go śmigającego na rolkach. To jego kolejna ulubiona dyscyplina. - Duże jezioro okrążyłem już ze dwa tysiące razy – szacuje. Mimo ukończenia 80 lat już myśli o kolejnych startach w zawodach kolarskich.Na pytanie o to, co daje mu aktywność fizyczna, odpowiada bez wahania: - Sport mam we krwi. Bez niego nie umiałbym żyć.

 

Sportową pasję zaszczepił swoim dzieciom i wnukom. Syn Jacek ukończył AWF na kierunku rehabilitacja. Z kolei dwóch wnuków trenuje piłkę nożną.

Ewa Kułakowska{/akeebasubs}