Chwilowo mam dosyć nawiązywania do otaczającej nas rzeczywistości. Dzisiaj ogarnął mnie nastrój wspominkowy.
Miesiąc temu zmarł Jan Suzin. Miał lat osiemdziesiąt dwa. Legenda polskiej telewizji. Był jednym z trojga wielkich spikerów, którzy tworzyli klimat tego zupełnie nowego medium. On oraz Irena Dziedzic i Eugeniusz Pach przez długie lata „odwiedzali” telewidzów poprzez niewielkie okienko czarno-białego odbiornika, będąc zawsze oczekiwanymi miłymi gośćmi w każdym polskim domu.
Jan Suzin z wykształcenia był architektem. Kiedy w roku 1956, w wieku dwudziestu sześciu lat, wystartował w konkursie na telewizyjnego spikera (nie mówiło się jeszcze wtedy prezenter) pracował ze swoim ojcem Leonem - także architektem - nad projektem odbudowy warszawskiego kościoła garnizonowego przy ulicy Długiej.
Pana Suzina - już emeryta - poznałem kilkanaście lat temu. Musiał więc mieć około siedemdziesiątki. Spotkaliśmy się w Domu Architekta SARP w Kazimierzu nad Wisłą. Zaskoczyło mnie, że jest aż tak wysoki. Na pewno powyżej 190 cm. A poza tym szczupły, świetnie zbudowany i nienagannie ubrany. Błyskotliwie dowcipny. Po prostu sam urok!
{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Niewiele wcześniej zmarł Ludomir Słupeczański; legendarny w środowisku wychowawca kilku pokoleń warszawskich studentów architektury. Także mnie, w roku 1963, słynny „Słup” przygotowywał do egzaminu wstępnego. A kiedy zdałem tak się złożyło, że był on opiekunem mojego roku. Uczył rysunku. Nieco później miał ów znakomity twórca swoją cykliczną audycję telewizyjną, ale mimo ogromnego poczucia humoru jakoś nie udało mu się zaistnieć na stałe w świadomości odbiorców. To natomiast udało się znakomicie profesorowi z Krakowa - Wiktorowi Zinowi. Osobiście uważam, że Słupeczański potrafił rysować o wiele ciekawiej niż profesor Zin, ale krakowski wykładowca był znacznie lepszym gawędziarzem. Wiktor Zin zmarł w roku 2007, w wieku – tak jak Jan Suzin – lat osiemdziesięciu dwóch.
Co do Słupa, to stosunkowo niedawno, bo już pomieszkiwałem w Szczytnie, pojechałem na Wydział Architektury Politechniki Warszawskiej, aby zaprotegować tam młodego, szczycieńskiego maturzystę – kandydata do studiów na warszawskiej architekturze. Poszliśmy z „młodym” na najwyższe piętro wydziału, gdzie mieści się zakład rysunku i malarstwa. Przy stole siedział stary Słup i robił korekty studentom. Czas się zatrzymał. Wyglądało to identycznie jak za moich czasów, tymczasem minęło już około czterdziestu lat. Słupeczański podniósł głowę, przez chwilę przyjrzał mi się, po czym spytał: „a co ty tu robisz Sajmon?”. Sajmon to było moje studenckie przezwisko. To pytanie zaskoczyło mnie. Nie widzieliśmy się od niepamiętnych czasów. Ja zmieniłem się ogromnie. Posiwiałem, no i przede wszystkim roztyłem się. A tymczasem zostałem rozpoznany!
Wyobraź sobie, że ja pamiętam wszystkich moich student ów - powiedział mi Słup, kiedy wyraziłem swoje zdumienie.
Wspomniałem zmarłych niedawno architektów, których miałem zaszczyt poznać osobiście. Warto przypomnieć, że znakomity rysownik-satyryk, twórca profesora Filutka, Zbigniew Lengren także skończył Wydział Architektury PW. O moich spotkaniach z panem Zbigniewem pisałem już w jednym z felietonów. Natomiast nie miałem szans – pewnie dlatego, że byłem za młody – poznać innego architekta z wykształcenia, a z zawodu Marszałka Polski oraz przewodniczącego Rady Państwa PRL (w latach 1968-1970) Mariana Spychalskiego. Marszałek Spychalski zmarł w roku 1980.
Spośród żyjących warto przypomnieć, że architektem z wykształcenia jest, na przykład, znakomity rysownik Andrzej Mleczko. I nie należy mylić go ze słynnym Edwardem Lutczynem, bo ten – nie wiadomo dlaczego – studiował krakowską Akademię Górniczo - Hutniczą.
W Muzeum Mazurskim w Szczytnie można obejrzeć kolekcję trofeów łowieckich pana Józefa Balickiego. To także znany warszawski architekt. Pan grubo po osiemdziesiątce. Polował od dziesiątków lat w tutejszym, mazurskim kole. O jego medalową kolekcję zabiegało Muzeum Łowiectwa i Jeździectwa w warszawskich Łazienkach. Tymczasem Pan Józef całe swoje zbiory przekazał szczycieńskiemu muzeum, wychodząc z założenia, że trofea pozyskane na polowaniach w rejonie Szczytna powinny pozostać tam skąd pochodzą. Po to, aby po wiek wieków świadczyć o bogactwie mazurskiej kniei. Pan Józef Balicki bywa w Szczytnie. Mimo swoich lat jest w znakomitej formie. Akurat w moim wieku trudno spotkać starszych ode mnie kolegów po fachu. Tym bardziej cenię sobie i szanuję tę właśnie znajomość.
Andrzej Symonowicz
(architekt)
{/akeebasubs}
