Te bardzo stare przeboje

W minionym tygodniu spędziłem kilka dni w Warszawie. Okna sympatycznego apartamenciku, w którym gościnnie zamieszkaliśmy wraz z żoną, wychodzą na Warszawską Filharmonię Narodową. W niedzielę zdumiał nas dobiegający z placu przed domem gwar dziecięcych głosów. Wyjrzeliśmy przez okno. Było południe. Tłumy dzieciaków w wieku szkoły podstawowej, w towarzystwie rodziców i wychowawców, opuszczały gmach Filharmonii. Bo też każdej niedzieli odbywają się tam dwa poranki muzyczne dla najmłodszych. Dwa, bo aż tak liczna jest frekwencja. Po prostu tłumy! Poszedłem zobaczyć jaki aktualnie prezentowano muzyczny temat. Tamtej niedzieli była to hiszpańska muzyka flamenco, prezentowana przez najlepszych wykonawców.

To dopiero jest edukacja muzyczna! W przyszłości te dzieci będą chłonąć i zapamiętywać najciekawsze utwory dawne i nowe; co więcej – będą potrafiły wybrać sobie tę muzykę, którą polubią najbardziej. Wiem co piszę, bo sam wychowany byłem podobnie.

Ludzie tak długo nie żyją, abym miał szanse osobiście odwiedzać międzywojenne kabarety warszawskie w rodzaju „Qui pro Quo”, a jednak do dzisiaj znam niemal wszystkie popularne przeboje z tamtych lat. Większość z nich potrafię zagrać na pianinie, a i teksty na ogół zapamiętałem. To zasługa mojej Mamy, która w latach pięćdziesiątych nauczyła mnie słuchania muzycznych audycji radiowych, a później oglądania w telewizji starych, dobrych filmów z piosenkami. Poza tym - bywało - że zaprowadziła mnie czasem do operetki. Do opery jeszcze nie chodziliśmy, bo to byłoby zbyt trudne dla dziecka.

W drugiej połowie lat pięćdziesiątych, po okresie socrealistycznych pieśni w rodzaju „Budujemy nowy dom”, Polska zaczęła rozbrzmiewać nie tylko przebojami wyciągniętymi z archiwów, ale także zupełnie nowymi, współczesnymi piosenkami, które błyskawicznie zyskiwały powszechną popularność. Miałem wtedy kilkanaście lat, ale do dzisiaj pamiętam ówczesnych wykonawców i ich przeboje. Kilka dni temu, podczas uroczystego spotkania w szczycieńskiej restauracji przekonałem się, że nie tylko ja jestem „taki pamiętliwy”. Miałem okazję towarzysko pogawędzić z miejscowym emerytem naszej Wyższej Uczelni. Mniej więcej moim rówieśnikiem. Nie tylko - podobnie jak ja - zapamiętał Staruszek Ów wszystkie historyczne przeboje, ale potrafi je także całkiem elegancko i czysto zaśpiewać. To mnie zainspirowało do przypomnienia choćby kilku wielkich, polskich gwiazd lat pięćdziesiątych.

Zakładam, że prawie wszyscy zapamiętali Marię Koterbską. Jej wykonanie słynnej „Karuzeli na Bielanach” możemy wciąż oglądać na filmie z roku 1955 „Irena do domu”. A jeszcze były takie jej piosenki jak „Augustowskie noce” i utrzymana w rytmie boogie-woogie (!) „Do grającej szafy grosik wrzuć”. Z Marią Koterbską konkurowała Marta Mirska. Gwiazda, która debiutowała jeszcze przed wojną. Specjalnie dla niej napisano w roku 1956 tango „Pierwszy siwy włos”. Co prawda Mieczysław Fogg w swoich wspomnieniach zapewniał, że to jemu ów szlagier zawdzięczał swoją ogromną popularność, ale ja zapamiętałem przede wszystkim niski głos Marty Mirskiej.

{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}

Z panów nikt nie mógł równać się z Januszem Gniatkowskim. Śpiewał od roku 1954, a zmarł niewiele ponad rok temu, w wieku 83 lat. Gdybym miał wymienić wszystkie słynne tytuły jego piosenek, nie zmieściłbym się w felietonie. Wspomnijmy zatem przesławną „Apassionatę”, „Arrivederci Roma”, czy „Kuba wyspa”. W późniejszych latach znakomity konferansjer Lucjan Kydryński zapowiadał go zawsze: BOSKI GNIATKOWSKI!

Konkurencją dla Gniatkowskiego był nieco dziś zapomniany Jan Danek, który zaczął w okresie wcześniejszym (rok 1952), kiedy to zasłynął „Piosenką frontowego szofera” (poczekaj siostro, nie tak ostro…). Później kilka piosenek nagrał Jan Danek wspólnie z Januszem Gniatkowskim. Na przykład „Vaya con dios” i „Bella, bella donna”. W Internecie można odnaleźć jego wykonanie słynnego francuskiego przeboju „Martwe liście”. Któż, pośród światowych sław, tego nie śpiewał. Wciąż jest to wielki przebój. A jednak tamto polskie wykonanie, z przełomu lat 50.-60., uważam za jedno z najlepszych.

Opisując plejadę polskich gwiazd piosenki lat pięćdziesiątych nie można zapomnieć o Nataszy Zylskiej. Najmłodsza. Bardzo nowocześnie swingująca. Jej przeboje to tradycyjne w rytmie „Kasztany” (tango), ale także nawiązujące do południowych rytmów „Bajo bongo”, „Mexicana”, czy „Klipsy”. Natasza Zylska w roku 1963 wyemigrowała do Izraela. I to akurat stanowi przyczynek do pewnego osobistego wspomnienia.

Na początku lat osiemdziesiątych byłem z grupą studentów architektury w niemieckim Heidelbergu. Jest tam piękny zabytkowy zamek. Wspólnie ze studentami, na dziedzińcu owego zamku, rysowaliśmy słynne architektoniczne detale. Rozmawialiśmy po polsku. Mijały nas liczne grupy turystów z przewodnikami. Od jednej z grup - jak się okazało turystów z Izraela - oderwał się starszy pan i niezłą polszczyzną spytał nas skąd jesteśmy. Nawiązała się sympatyczna rozmowa, a wtedy ów pan, bardzo nieśmiało spytał, czy ktoś z nas słyszał nazwisko Natasza Zylska? Kiedy entuzjastycznie wymieniłem niemal wszystkie jej przeboje, a nawet niektóre fragmentarycznie zaśpiewałem starszy pan nie potrafił opanować płaczu. Był to jej mąż. Także emigrant z roku 1963. Do Heidelbergu przyjechał bez żony. Dostałem od niego wizytówkę z adresem w Hajfie i zaproszeniem do odwiedzin. Nie udało mi się skorzystać.

Natasza Zylska zmarła w Izraelu kilkanaście lat później. W roku 1995. W wieku 62 lat.

Andrzej Symonowicz

{/akeebasubs}