Bardzo to przygnębiające, kiedy nie ma gdzie pójść. Człowiek siedzi w domu niczym na kwarantannie.

Jedyna atrakcja dnia, to zrobienie zakupów w Kauflandzie. Czasem, dla urozmaicenia, gdzie indziej. I to wszystko. Trudno się przyzwyczaić, bo przecież jeszcze niedawno nie tak bywało. Kawiarnie, kino, imprezy w naszym MDK - zawsze działo się coś, w czym można było uczestniczyć. Nawet do przyzwoitego teatru nie jest od nas bardzo daleko. Godzina jazdy samochodem. Mam na myśli olsztyński Teatr im. Stefana Jaracza. Te wszystkie atrakcje dostarczały mi, poza uciechą, także tematy do felietonów. A co nas teraz otacza? Polityka i zaraza. Okropność!

Skoro wokół nas nie dzieje się nic zabawnego, postanowiłem przytoczyć kilka uciesznych anegdotek ze świata teatru. Aby trochę rozweselić się. Zarówno opowiadanek historycznych, jak również współczesnych. Pośród tych ostatnich będą również takie, w których osobiście uczestniczyłem. Zacznijmy od zabytkowych.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *} 

Bardzo wiele zabawnych wspomnień zanotowano na temat wymienionego już dzisiaj Stefana Jaracza. Aktora, reżysera, twórcy teatru „Ateneum” w Warszawie. Przytoczę dwie opowiastki. Niegdyś jego teatr zaprezentował w małym, prowincjonalnym miasteczku, „Zbójców” Schillera. Jaracz grał starego Moora. Na scenie, jako scenografię, ustawiono szereg drewnianych skrzynek, starannie pomalowanych na brązowo. Na jednej z nich usiadł staruszek Moore, czyli Jaracz. Gdy padły słowa: „wyprowadźcie starca do lasu”, aktor wstał. Kiedy stanął tyłem do widowni okazało się, że ma na jasnych spodniach brązową plamę. Skrzynki okazały się malowane zbyt świeżo. I wówczas ktoś z widowni zawołał głośno: „Nie wyprowadzaj go! Panie Jaracz, już za późno!” Ta historyjka opowiadana jest dość często. Ale przytoczę jeszcze pewne ucieszne określenie autorstwa Stefana Jaracza. Zapytany niegdyś, przez dziennikarkę, dlaczego zwykle bardzo późno wstaje, odpowiedział: „chyba dlatego, że zbyt wolno śpię”. Takich zabawnych powiedzonek można wiele odnaleźć w wspomnieniowych książeczkach z lat międzywojennych. Mnie osobiście bardzo rozbawiła rozmowa dyrektora kabaretowego teatru „Qui Pro Quo” z Ludwikiem Lawińskim, najdowcipniejszym, obok Dymszy, aktorem. Brzmiało to tak: - Mam dla pana rolę, tylko nie wiem, czy będzie panu odpowiadała, bowiem na oczach publiczności musi pan zjeść trzy kotlety, a w niedzielę mamy dwa przedstawienia. Lawiński spytał: - A o której godzinie są one? - Jedno o w pół do czwartej i trwa do w pół do siódmej, drugie od siódmej do jedenastej. - No, to muszę zrezygnować - powiedział aktor. - Nie zdążę wyskoczyć na obiad.

Szczególnie zabawne wydają mi się aktorskie reakcje na scenie podczas spektaklu. Spowodowane nagłymi niespodziankami. Władysław Grabowski, aktor przedwojenny, ale grał jeszcze i po wojnie, wspomina, jak to ktoś z widowni nagle zawołał: „głośniej!”. Grabowski przerwał swój monolog, wyszedł na proscenium i grzecznie zapytał: „którą kwestyjkę mam powtórzyć?”.

Sam byłem niegdyś na spektaklu „Kubuś Fatalista” w Teatrze Współczesnym w Warszawie. Tytułową rolę grał Zbigniew Zapasiewicz. W pewnym momencie na widowni zaczęto nieco hałasować. Wówczas Zapasiewicz przerwał rolę i przemówił do publiczności. Poprosił grzecznie, żeby nie przeszkadzali mu w pracy, bo przecież on z tego żyje. Pośród innych anegdotek często wspominany jest refleks Aleksandra Zelwerowicza, jakim mistrz błysnął w „Zemście” Fredry, podczas dialogu z Dyndalskim. „Zemsta”, jak wiadomo, napisana jest wierszem i wszystko musi się rymować. We wspomnianym dialogu Dyndalski, skarżąc się na zdrowie, mówi „rumatyzmy jakieś łupią”, na co Cześnik odpowiada: „ech, co powiesz, wszystko głupio”. Tymczasem Dyndalski (aktor Leszczyński) pomylił się i powiedział „rumatyzmy jakieś gniotą”. Zelwerowicz niemal natychmiast odpowiedział „ach ty stary idioto”. Warto przypomnieć, że powiedzenie „czas umierać” rozsławił tenże Zelwerowicz, kiedy jako profesor Wyższej Szkoły Teatralnej był szefem komisji podczas egzaminów wstępnych na studia. Oto stanął przed nim kandydat Roman Kłosowski. Późniejszy znakomity aktor, aczkolwiek bardzo mało atrakcyjny, jeśli chodzi o urodę. Do tego niewysoki. Jak wyglądał późniejszy Maliniak, każdy z nas pamięta. Stary Zelwerowicz, przyzwyczajony do przedwojennych amantów, na jego widok westchnął: „to ma być kandydat na aktora? Czas umierać”. Kłosowski jednak zdał, a wkrótce okazał się jednym z najznakomitszych polskich artystów sceny. Znam jeszcze kilka anegdot związanych z egzaminami wstępnymi do PWST. Z czasów już nam bliższych. Przypomnę słynne powiedzenie Stefana Friedmana, kiedy profesor Jan Kreczmar poprosił go o otwarcie okna. Widząc, że kandydat ociąga się ponaglił młodego słowami: „nie bój się pan, nie jesteś pan orłem, to pan nie wylecisz”. Stefan (znamy się) odczekał na korytarzu do końca egzaminów. Kiedy Kreczmar wychodził z sali, podszedł do niego i spytał z niejakim zdumieniem: „to pan profesor drzwiami?!” Warto także przypomnieć, jak młody kandydat Maciej Stuhr zareagował podczas egzaminu wstępnego, gdy polecono mu, aby zrobił coś, co rozbawi przewodniczącego komisji. Tymże przewodniczącym był pan rektor Jerzy Stuhr, czyli ojciec egzaminowanego. Kiedy młody Stuhr usłyszał, że ma rozbawić profesora Stuhra zapytał: „a który to jest?”. Więcej anegdotek już nie zmieszczę. Szkoda, bo znam ich jeszcze trochę. Może kiedyś wrócę do tematu.

Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}