Ten felieton, pisany pod koniec urlopowego sezonu, będzie o tym, jak oceniam minione wakacje z mojego letniego punktu widzenia, to jest z wysokości szczycieńskiej, widokowej wieży ratuszowej. Od dwóch miesięcy przebywam tutaj po kilka godzin dziennie. Mam zatem pewne, może ciekawe, spostrzeżenia odnośnie spędzania przez młodych ludzi tych zawsze oczekiwanych, wakacyjnych miesięcy.

Tegoroczne wakacje
Fotogram Pawła Salamuchy wykonany z drona. Z wysokości o 2-3 piętra niższej niż najwyższa kondygnacja wieży

Zanim zajmę się młodzieżą, kilka uwag o specyfice tegorocznego lata. Naznaczonego piętnem pandemii. Maseczki, odkażanie rąk, to oczywista oczywistość i nikt w pomieszczeniach zamkniętych nie uchyla się od tych obostrzeń. Przynajmniej tam u mnie, na wieży. Jak jest na plaży nie wiem. Nie bywam. Natomiast spostrzegam wyraźną różnicę, co do osobowego składu turystów, którzy odwiedzali wieżę przez ostatnie cztery sezony (piąty już rok gospodarzę w tych pomieszczeniach), a mijającym latem. Przez dwa miesiące, czyli lipiec i sierpień, odwiedziło wieżę zaledwie troje (!) obcokrajowców. Młodziutka Hiszpanka, z polską opieką, oraz dwóch Niemców w wieku studenckim. To coś zupełnie niezwykłego, biorąc pod uwagę, że w minionych latach, dosłownie każdego dnia odwiedzała wieżę mniejsza lub większa grupa obcojęzycznych gości. Z okienek wieży zawsze widziałem, stojące na placu Juranda, autokary z rejestracją niemiecką lub holenderską. W tym roku autokaru żadnego nie uświadczysz. Dotyczy to zresztą także turystów z Polski. Po prostu nie istnieje turystyka zbiorowa. Czyli zorganizowana.

Kto zatem odwiedza widokową wieżę w Szczytnie?{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}  Przede wszystkim rodziny. Wielodzietne, a w dodatku „zespolone” z kilku familii. To dość ciekawe zjawisko, ponieważ często mam okazję gościć na wieży sześcioro, lub więcej dorosłych, a z nimi, co najmniej drugie tyle dzieci. Łatwo zorientować się, że są to dwie lub trzy rodziny, które wspólnie mieszkają w jednym z podszczycieńskich, agroturystycznych gospodarstw. Co więcej, są to bez wątpienia ludzie zaprzyjaźnieni. Z jednego miasteczka, którzy takie oto wymyślili sobie wspólne wczasy na Mazurach. Napisałem miasteczka. Być może także wioski. Skąd taki wniosek? Otóż szczycieńska wieża jest dla nich niebywałą atrakcją. Najwyższy poziom wieży, to odpowiednik dwunastego piętra współczesnego wieżowca. Z dorosłymi, to nic nie wiadomo, ale dla dzieciaków wejście na sam szczyt i spojrzenie przez okno, to coś tak, jakby leciały samolotem. Gdzieś tam w ich rodzinnym miasteczku nigdy nie miały okazji znaleźć się aż tak wysoko. Już na poziomie piętra szóstego (tam mam swoją pracownię) zaczynają się bać, wyglądając przez otwarte okienko. No i to będzie, bez wątpienia, ich główne, wakacyjne, niezapomniane przeżycie.

Dzieciaki widuję wyłącznie w towarzystwie rodziny. Nie zarejestrowałem żadnych obozów, czy kolonii, z jakimi przez te kilka lat miałem wciąż do czynienia. Pozwolę sobie zatem na wspomnieniową anegdotkę. Jak wszyscy wiemy, na wieży ratusza dzwonią dzwony. Na najwyższym piętrze. I to jak głośno! Dwie minuty przed ich uruchomieniem, z zainstalowanego na tej kondygnacji megafonu można usłyszeć polecenie, aby opuścić ów poziom, ponieważ ich dźwięk jest zbyt głośny dla uszu. Ja otwieram pomieszczenia wieży zawsze po godzinie dwunastej, czyli po tym jak skończy się najdłuższy koncert szczycieńskich dzwonów. Pewnego dnia, dwa lata temu, kiedy przyszedłem otworzyć wieżę, przed drzwiami już czekała młodzieżowa kolonia z panią opiekunką. Poprosiłem ją, aby dzieciaki poczekały na dole, aż dzwony wybiją swoją dwunastkę. Spokojnie zainstalowałem się na moim szóstym piętrze, a tu nagle kilku chłopaczków (takich jakby dziesięciolatków) przebiegło koło mnie. Popędzili na sam szczyt. Dzwony wybiły. Pani wówczas przyszła z resztą dzieciarni i bardzo przepraszała, że nie zapanowała nad grupą. Chwilę potem zeszli z góry amatorzy ekstremalnych wrażeń dźwiękowych. Łebki kiwały im się z otumanienia, ale oświadczyli: „fajnie było, czy możemy jutro też przyjść?”. No i co było dalej? Przez kolejnych kilka dni ta sama grupka, już przed godziną dwunastą, czekała pod drzwiami wieży. Tekst był zawsze ten sam: „puści pan nas?”. Otwierałem drzwi i mówiłem „zasuwajcie na górę”. Zasuwali. Potem wracali na dół z lekka otumanieni. Następnego dnia to samo. Do końca kolonii. Tacy nałogowcy! No, ale zawszeć to lepsze niż, na przykład, wąchanie kleju. Tutaj dodam, że choć szczycieńskie dzwony są bardzo głośne, to nie zagrażają organom słuchowym.

Za kilka dni dzieci wracają do szkoły. Niby po wakacjach, ale tak naprawdę to po dłuższym niż wakacyjne rozstaniu. A czy aby na pewno wrócą? Jak to będzie wyglądało dalej?

Do końca sierpnia widokową wieżę w Szczytnie, mimo pandemicznych problemów, czyli całkowitym braku obcokrajowców oraz krajowych, zorganizowanych wycieczek, odwiedziło nieco ponad 1500 zwiedzających. W większości turystów, choć często w towarzystwie miejscowych krewnych. W tej masie naliczyłem aż 350 maluchów. Takich, mniej więcej, do dziewiątego roku życia. Sądzę, że jakieś tam fajne wspomnienia ze Szczytna pozostaną w ich młodych główkach.

Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}