... i 1 Maja święty. Uwielbiałam szkolne zamieszanie towarzyszące przygotowaniom do obchodów uroczystości pierwszomajowych.
Na lekcjach trwały zajęcia plastyczne, z bibuły tworzyliśmy kwiaty, a podczas przerw uczono nas maszerować. Dostaliśmy też zadanie domowe. Każdy z uczniów miał na wyznaczony dzień przynieść własnoręcznie wykonaną flagę. Oczywiście w sklepie u Gumkowskiego można było kupić kolorowe wycinanki i stworzyć samodzielnie chorągiewkę. Niestety wówczas nie można było kupić kijka, więc ogołacaliśmy przydomowe krzaki, by wybrać odpowiedni i wystrugać. Wiadomo, że w pracach domowych pomoc nieśli rodzice, a każda piątka była wspólną radością. W wyznaczonym dniu wszyscy przynieśliśmy solidnie wykonane zadania i każdy radośnie wywijał swoim arcydziełem sztuki. Tymczasem moja chorągiewka, by się nie pogniotła rozebrana była na czynniki pierwsze i bezpiecznie spoczywała w tornistrze. Pani Matelska kolejno wyczytywała nazwiska i każde z dzieci szło pod tablicę i miało pokazać flagę i wyrecytować: „Niech się święci 1 Maja”. Spokojnie czekałam na swoją kolej, ale nagle wpadłam w panikę, bo pani wywołała mnie, a moja flaga w proszku. Pospiesznie połączyłam swoje arcydzieło sztuki i dumna wystąpiłam na środek klasy. Jednak nie dane mi było wyrecytowanie regułki, gdyż cała klasa na mój widok ryknęła śmiechem. Okazało się, że prezentowałam flagę czerwono-białą, ponieważ w pośpiechu źle złożyłam swoją pracę domową. Pani Matelska szybko pomogła mi naprawić błąd i postawiła piątkę. Ale wspominam to do dziś.
Obchody pierwszomajowe w szkole podstawowej zawsze miały jednakowy scenariusz. {akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Po podstawówce przyszedł czas na marsze ze szkołą średnią i tam obowiązywała zasada, że na wierzchu klasowy mundurek, a pod spodem biała bluzka lub golf. W czasach pracy w „Społem” także uczestniczyłam w pochodach. Wówczas mieliśmy dobrze, bo zbieraliśmy się na placu przed biurowcem przy ulicy Kościuszki i łatwo po wyczytaniu dołączaliśmy do pochodu. W tamtych pracowniczych czasach nasze wszystkie placówki były odpowiednio dekorowane i do dziś przechowuję malowane przez spółdzielcze dekoratorki płótna, płyty i różnego rodzaju pierwszomajowe akcesoria, chociażby okolicznościowe przypinki, którymi panowie dekorowali klapy marynarek, a kobiety jeśli nie mogły przypiąć do sukienki – chowały do torebek. Na pracowników czekały osoby odpowiedzialne za wręczenie transparentów oraz flag. I z tymi flagami był problem. Część z nich była biało-czerwona i te chętnie pracownicy brali, natomiast przy wręczaniu czerwonych pojawiał się kłopot – nikt ich nie chciał nieść. Stosowano różne sposoby przymusu, ale zasada była jedna – flagi zawsze nieśli mężczyźni, my kobiety nigdy nie byłyśmy do tego przymuszane. Przy poczcie czekał samochód i tam transparenty oraz flagi składano, niestety zawsze było manko. Lubiłam uczestniczyć w pochodach pierwszomajowych, ponieważ gdy szłam środkiem ulicy rozpierała mnie radość, bo cała ulica była moja. Poza tym w szkołach wychowywano nas w takim duchu i był to obowiązek oraz przyzwyczajenie. Nie doszukiwałam się w tych zachowaniach przymusu, to była tradycja, którą pokazał mi mój ojciec, zabierając na zakładowe pochody, więc kontynuowanie jej było naturalne i oczywiste zarówno w szkołach, jak i moim zakładzie pracy. Dla mnie pochody pierwszomajowe były wspaniałe i kolorowe, radość niosły, i tak się ten dzień kręcił, że 1 maja zawsze się wówczas dla mnie święcił.
Grażyna Saj-Klocek{/akeebasubs}
