Trochę o zwierzakach

Pisząc ostatnio o cocktailach wspomniałem o pochodzeniu angielskiego słowa oznaczającego mieszany trunek. Cock to kogut, a tail ogon. Nazwa odnosi się do kilkusetletniej tradycji walk kogutów. I przyszło mi na myśl jakże paskudnym stworzeniem jest człowiek, który dla własnej, niesłychanie prymitywnej rozrywki, zmusza głupsze od siebie zwierzaki, aby te nawzajem się zabijały. Walki kogutów czy psów, korrida… No w tym ostatnim „sporcie” walk zwierzęcych bierze wprawdzie udział także i człowiek, ale tak ustawiony, aby byk nie miał żadnych szans.

Kiedyś polowałem. Przez kilka sezonów. Potem dałem sobie z tym spokój. Nie byłem selekcjonerem. Miałem tylko dubeltówkę i brałem udział w polowaniach na zające, kuropatwy i bażanty. Zwłaszcza bażanty, liczne na naszych terenach łowieckich, stanowiły główny cel moich wypraw. Tym bardziej, że strzelba, której używałem nie była dubeltówką myśliwską, a długolufowym bockiem firmy FN skonstruowanym do sportowego strzelania do rzutków - trap. Była to broń niezwykle celna i dalekonośna, ale za to cholernie ciężka, co nie jest zaletą w łowiectwie.

Sympatycznie wspominam pewien wypad na bażanty, kiedy to nie udało mi się ustrzelić pięknego koguta, a to – jak mi się wydawało – z powodu jego inteligencji. Tym, którzy nie polują wyjaśniam, że w łowiectwie obowiązuje zasada pozostawienia zwierzakowi jakiejś szansy na przeżycie. Jeśli chodzi o ptaki, to można do nich strzelać tylko wtedy kiedy są w locie.

{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}

Jeśli ptaszysko wyląduje i stoi na ziemi lub pływa po wodzie strzelać nie należy, bo co to za sztuka trafić. W moim wypadku było tak, że nagle z krzaków, zaledwie kilka metrów ode mnie, wylazł dorodny kogut i uważnie mi się przyjrzał. Przygotowałem dubeltówkę do strzału i zacząłem go płoszyć, aby podfrunął, bo tylko wtedy będzie mi wypadało wygarnąć. A ten – bażant jeden -- głupawo uśmiechnął się, odwrócił i popędził przed siebie na nogach niczym struś. Pobiegłem za nim. I biegliśmy tak przez pola i łąki, niejednokrotnie zakosami, co wyglądało jak słynne filmowe scenki pościgów z Benny Hillem. Z moją ciężką strzelbą ledwo już dychałem ze zmęczenia, kiedy płot zagrodził nam drogę. Nareszcie! Przygotowałem się do strzału. Ale gdy moje ptaszysko podfrunęło, aby pokonać przeszkodę, ręce mi tak latały, że nie trafiłem. Tymczasem bażant wylądował tuż za ogrodzeniem, spojrzał na mnie współczująco i dość spokojnie pobiegł sobie dalej. Ja zostałem. Do dzisiaj jestem przekonany – choć to absurd – że kogucisko doskonale wiedziało co robi. I jak tu nie współczuć tym kogutom, które specjalnie hoduje się do walki ze swoimi pobratymcami, jeśli ma się taki szacunek dla ptasiej inteligencji jaki we mnie zaszczepił „mój” bażant. Co do szczególnej inteligencji psów nie ma żadnej wątpliwości. Tym bardziej paskudne wydaje się organizowanie krwawych walk tych zwierząt. Pierwsze wzmianki o psich walkach pochodzą z początków XIII wieku. W Wielkiej Brytanii, już około roku 1200, odbywały się z kolei walki psów z bykami. Ponad sto lat później zostały one uznane, dekretem króla Edwarda III, za zabawę ludową. Do walki używano psów w typie mastifa. Później buldogi oraz ich krzyżówki. Walki psów z bykami zostały oficjalnie zakazane w roku 1835, co nie oznacza, że przestano je organizować.

Dzisiaj wciąż organizuje się psie walki. Także i w Polsce, choć jest to nielegalne, a w myśl ustawy o ochronie zwierząt grozi za to kara do dwóch lat pozbawienia wolności. Walki organizowane są na obrzeżach wielkich miast, w miejscach odludnych i trudno dostępnych. Walczą najczęściej amstafy, pit bulle, dogi kanaryjskie i rottweilery. Oczywiście na śmierć i życie. Jest to coś tak obrzydliwego, że choć wiele jeszcze wiem na ten temat nie potrafię o tym pisać.

Przenieśmy się zatem do Hiszpanii, gdzie rytualna walka z bykiem, czyli korrida jest stałym elementem tamtejszej kultury i mimo sporów oraz regionalnych zakazów (w Katalonii obowiązuje zakaz od 1 stycznia 2012) wciąż kultywowanym. Raz coś takiego widziałem i wystarczy. Dla mnie – obrzydliwość. No, ale nie wszyscy tak uważają, a tak naprawdę mało kto w Polsce wie czym różni się toreador od matadora. Zatem pokrótce opiszę o co chodzi w owym hiszpańskim widowisku.

Walka składa się z kilku etapów. Najpierw byk drażniony jest przez kilku toreadorów, którzy wymachują przed nim różowo-żółtymi płachtami, tanecznie unikając jego ataków. Następnie pikador - jeździec na koniu wbija bykowi długą lancę w unerwiony garb na karku. Później piesi banderillos w to samo miejsce wbijają mu krótkie włócznie. Wszystko to ma na celu osłabienie mięśni karku i zmęczenie byka, aby ten trzymał nisko głowę i przestał reagować na dalsze ataki. Wtedy dopiero wkracza matador, czyli zabójca. Z niewielką płachtą (muletą) i szpadą. Tą szpadą musi trafić w punkt wielkości monety na karku byka. Taki cios przerywa zwierzęciu rdzeń kręgowy i uśmierca je. No a potem jest wielka feta, czyli świętowanie. Okropność. Zdecydowanie wolę inne sporty.

Andrzej Symonowicz

{/akeebasubs}