W tym tygodniu publikujemy drugą część wspomnień pierwszego dyrektora szczycieńskiej „Unimy” Henryka Hańczaruka.
„ZAŁATWIANIE” KŁADKI
Nie mniejsze wysiłki od tych związanych z załatwieniem autobusu komunikacji miejskiej towarzyszyły budowie kładki nad torami w 1979 r. – Uparłem się, żeby powstała. W tamtym czasie przejazd był często zamknięty, bo przetaczanie wagonów nieraz trwało godzinami. Tworzyły się wielkie korki.
Dokumentację udało się załatwić w Gdańsku, dzięki jednemu z pracowników „Unimy” mającemu tam kontakty. Największym problemem stało się jednak pozyskanie stali. Po wielu perturbacjach i zabiegach uzyskano z POM-u. zamówienie na 10 ton surowca W końcu cenny ładunek trafił do zakładu w Białymstoku, jedynego w Polsce gdzie robiono kładki. Z kolei drewno zapewnił szczycieński tartak, a
fundamenty wylało PBK.
ZMIECIONY PRZEZ WIATR Z WYBRZEŻA
Dyrektor Hańczaruk nie ukrywa, że miał wtedy w Szczytnie wiele do powiedzenia. Ściśle współpracował z szefami innych działających w mieście zakładów, był też członkiem Miejskiej Rady Narodowej. Wszystko się zmieniło wraz z falą strajków, które wybuchły na Wybrzeżu w sierpniu 1980 r. Wiatr zmian dotarł również do Szczytna, a wiodącym zakładem, w którym tworzyły się struktury „Solidarności” była właśnie „Unima”.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Strajk zbiegł się z jego pobytem w szpitalu. Kiedy wyszedł na przepustkę, postanowił złożyć rezygnację. – Jak człowiek jest w szpitalu, to zaczyna mu być wszystko jedno. Dla dobra sprawy zrezygnowałem. Popełniłem tylko jeden błąd, którego do dziś żałuję – nie spotkałem się z załogą, żeby wszystko wyjaśnić – przyznaje. – Było mi przykro, bo ten zakład to moje dziecko. Po moim odejściu często spotykałem ludzi, którzy mówili, że do mnie jako Hańczaruka nic nie mieli, a zależało im tylko na zmianie dyrektora. To tak, jakby chodziło o dwie różne osoby. Czy dziś, po latach, ma nadal żal do ludzi „Solidarności”? – Po pewnym czasie próbowano mnie namówić, żebym wrócił. Ale w takim zakładzie, jaki wtedy był, nie mogłem już pracować. Oni wdeptali mnie w błoto – odpowiada były dyrektor. Po odejściu z „Unimy” dostał najpierw II, a potem III grupę inwalidzką. W 1984 r. podjął pracę na stanowisku dyrektora POM-u. Rok później przeszedł do PKO, gdzie pracował do emerytury.
JAK TO BYŁO Z WILLĄ
Sprawę domu na Bartnej Stronie, podobnie jak inne kwestie zgłoszone przez załogę w 1980 r., badała komisja złożona z przedstawicieli „Solidarności” oraz „Unitry” z Warszawy. Stwierdziła ona, że nie jest prawdą, by nieruchomość od zakładu kupił dyrektor, ale też dopatrzyła się pewnych nieprawidłowości. Dom przez cały czas od 1976 r. należał do „Unimy” i początkowo miał być przeznaczony na potrzeby socjalno – bytowe pracowników, z planowaną adaptacją na żłobek lub przedszkole. Już po zakupie okazało się jednak, że budynek się do tego nie nadaje, a transakcji nie poprzedziła żadna fachowa ekspertyza. W 1978 r. dyrektor przedsiębiorstwa z Warszawy zmienił przeznaczenie obiektu na cele mieszkaniowe i przydzielił go Hańczarukowi jako mieszkanie służbowe. Komisja dopatrzyła się, że koszty remontu domu realizowane były w ramach zlecenia na remont innego zakładowego budynku przy ul. Pasymskiej, natomiast budowę pomostu dla łodzi wykonywali pracownicy „Unimy” w czasie godzin pracy. Koszty tego pokrył zakład. Henryk Hańczaruk mieszkał na Bartnej Stronie aż do 1995 r. Potem musiał się przeprowadzić do mieszkania w bloku.
Ewa Kułakowska{/akeebasubs}
