Oto komendant policji w Gorzowie skierował do sądu wniosek o ukaranie Jerzego Owsiaka za publiczne użycie słów niecenzuralnych. Zrejestrowano aż dwa brzydkie słowa: „pierdolić” i „kurwa”. Niebywała czujność władzy!
Takich wyrazów, jak powszechnie wiadomo, nikt w Polsce nie odważyłby się użyć w miejscu publicznym, toteż, gdy trafi się taki parszywy odszczepieniec, karać należy go z całą surowością! Osobiście ciekaw jestem, jakich to słów używa pan komendant, kiedy przyjdzie mu ochota zakląć szpetnie, bo też różne zdarzają się sytuacje życiowe i czasem trzeba jakoś dać upust swojej złości. Czy pan komendant używa wówczas sarmacko-oficerskiego przekleństwa „wciórności”? A może bardziej po katolicku wykrzykuje „sapristi”, lub też za podpowiedzią wujka Dobra Rada (Mikulski w jednej ze scen filmu „Miś”) używa sformułowania „motyla noga”? Powiedziałbym, że ten sądowy wniosek to obrzydliwa hipokryzja, gdyby nie świadomość, że jest to po prostu najzwyczajniejszy objaw lizusostwa wobec władz, objaw jakże ostatnio popularny w policji (podobnie jak wycinanie konfetti).
Co do publicznego użycia słów wulgarnych, to przypomnę jedną z popularnych anegdotek o dawnych wyczynach Jana Himilsbacha. {akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Przy okazji wspomnienia o Himilsbachu przypomnę, że choć mało kto widział go trzeźwego, a przy tym zwykł on robić z siebie tępawego przygłupa, to był to facet niezwykle inteligentny, o dużej wiedzy, znakomity pisarz - nowelista. Kiedyś powiedział o sobie, że zawsze rano, na trzeźwo, myśli o tym, co później powie po pijaku.
To była dygresja Przytoczę teraz historyjkę dość podobną do tej ze SPATIF-u. Literaci, a także inni warszawscy artyści, w czasach PRL, stołowali się w stołówce Związku Literatów Polskich przy Placu Zamkowym. Prezesem ZLP był wówczas Jarosław Iwaszkiewicz, a jego zastępcami Jerzy Andrzejewski (autor powieści „Popiół i diament”) i Wihelm Mach. Wszyscy trzej o orientacji homoseksualnej. I oto, gdzieś tak w połowie lat siedemdziesiątych, do lokalu wkroczył napity aktor Jurek Karaszkiewicz (w filmie „Miś” brawurowo zagrał cwanego sprzedawcę wejściówek na taras widokowy lotniska na Okęciu). Karaszkiewicz stanął na środku sali i nieco chwiejąc się na nogach, krzyknął dramatycznym głosem: „Pedały, powiedzcie jak żyć!”. Sprawy sądowej nie było, a anegdota pozostała.
Nie zamierzam dalej dręczyć czytelników rynsztokowym słownictwem, bowiem sam nie jestem szczególnym wielbicielem wulgaryzmów. No, ale skoro sam Melchior Wańkowicz, w swojej książce „Prosto od krowy”, staje w obronie słów poczciwych i jędrnych jego zdaniem, czyli rzeczowników „dupa” i „kurwa”, to nie ma się co żenować.
Na koniec, dla rozładowania nastroju, kilka anegdotek pozbawionych wulgaryzmów, natomiast związanych z wymienionymi lokalami, a co za tym idzie z artystami i „spożyciem”.
Znakomity satyryk i bywalec SPATIF-u, Janusz Minkiewicz, o którym mówiono, że ma pojemność cysterny, zapytany ile wódki wypija dziennie, odpowiedział - „nie wiem, ale mogę powiedzieć ile piję w te dni kiedy nie piję. Wtedy wypijam pół litra”. Inny bywalec klubu aktora, Władysław Komar lubił zamówić gorący rosół z kury, a tenże mieszał z ćwiartką wódki i wypijał duszkiem. Oczywiście dla zdrowia. I jeszcze jedno zabawne opowiadanko. Tym razem z festiwalowych dni w Opolu. Jacek Cygan wspominał, jak to balował, wspólnie z innymi artystami, całą noc, w restauracji hotelu Opole. Rano przyszli na śniadanie mieszkający tam Niemcy. Widząc na stolikach artystów szampana, także poprosili o butelkę. Były to lata, kiedy alkohol podawano dopiero po godzinie trzynastej, więc kelner odmówił realizacji zamówienia. A ci panowie? - spytał niemiecki gość. - A ci panowie siedzą tu od wczoraj - wyjaśnił z całą powagą kelner.
I to by było na tyle - jak mawiał niezapomniany Jan Tadeusz Stanisławski.
Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}
