Dość rzadko moje felietony spotykają się z komentarzem na internetowej stronie „Kurka Mazurskiego”. Tym razem, po opisie znanych mi osiedli grodzonych, przeczytałem kilka słów na temat swojego tekstu, napisanych przez szczycieńską mieszkankę jednego z takich osiedli. Zatem z całym szacunkiem zwracam się do Pani, odpowiadając na przedstawiony mi zarzut.
A brzmi on następująco: proszę nie wypisywać głupot, że mieszkają tam ludzie bogaci, bo tak nie jest. Doskonale wiem, że tak nie jest i nie było moją intencją wypominanie Pani i Pani sąsiadom bogactwa. Chodziło mi o coś zupełnie innego. Przejrzałem swój felieton i przyznaję, że moje wrodzone gadulstwo nieco zamąciło jasność zamierzonego przekazu, stąd zapewne nieporozumienie. Otóż po przeczytaniu artykułu „Zamknięte osiedla”, napisanego przez Marka Plitta, zapoznałem się z komentarzami czytelników na temat jego tekstu. Na ogół złośliwymi i niechętnymi wobec mieszkańców opisanych, szczycieńskich „enklaw”. Zacytuję fragmenty jednego z nich: w więzieniach stworzonych przez samego siebie... siedźcie sobie siedźcie... jeszcze trzeba było fosę wybudować. Tego rodzaju zdania to wyraźny przejaw zawiści szarego, sfrustrowanego obywatela wobec uprzywilejowanej, jego zdaniem, kasty zamożnych pasożytów. Wiem od Marka Plitta, że wiele takich opinii usłyszał on osobiście, podczas zbierania materiałów do swojego artykułu. Zniesmaczyły mnie owe komentarze i dlatego, dla uwypuklenia kontrastu, spróbowałem opisać jak to wygląda w skali większych aglomeracji niż szczycieńska. A komentując mądrą wypowiedź tutejszego komendanta policji o potencjalnych zagrożeniach, napisałem o okolicznych zawistnych łobuzach, co to chętnie przyleją „bogaczowi”. Proszę zwrócić uwagę, że określenie bogacz ująłem w cudzysłów. Pozdrawiam panią komentatorkę i życzę jej (podobnie jak i sobie) bogactwa.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
To by było na tyle odnośnie grodzonych, szczycieńskich osiedli. Atoli jeszcze jeden miejscowy, choć już nieco historyczny temat zaciekawił mnie, kiedy przeczytałem „Kurka” sprzed tygodnia. I znowu materiał zamieszczony przez Marka Plitta stał się dla mnie inspiracją do napisania kilku zdań. Wygląda na to, że żeruję na Marka talencie i jego reporterskiej ruchliwości. Pewnie trochę tak jest. Tym razem tematem będzie ulubiony przeze mnie napój, czyli piwo.
W poprzednim „Kurku Mazurskim” możemy obejrzeć cztery ciekawe zdjęcia związane ze szczycieńskim browarem. Warto napisać kilka słów o owym obiekcie, który wciąż jeszcze istnieje w naszym mieście, choć już od dość dawna nie produkuje piwa. Zacznijmy od tego, że ten browar to historyczny staruszek. Powstał w roku 1898, czyli ma już 118 lat. Piękny wiek, szkoda tylko, że zamiast produkować znakomite piwo, od 16 lat rozlewa się tam średniej klasy gorzałę, przeznaczoną głównie dla odbiorców spoza Polski. A jeszcze kilkanaście lat przed zakończeniem właściwej produkcji, ten nie największy w Polsce browar otrzymał na Krajowych Targach Browarnictwa znaczącą nagrodę (rok 1986). I całkiem słusznie, co mogę potwierdzić osobiście, na podstawie organoleptycznych doświadczeń własnych, a także moich warszawskich przyjaciół, piwnych współbiesiadników.
Mieliśmy wtedy po czterdzieści lat. Współpracujący ze sobą architekci i plastycy. Co do mnie, a także niektórych kolegów, nikt z nas nie znał Szczytna. Wiedzieliśmy tylko tyle, że jest to jakieś miasto na Mazurach, gdzie znajduje się szkoła milicji. I taką skromną wiedzę posiadaliśmy, dopóki jeden z nas nie kupił sobie chałupki koło Nidzicy, gdzie spędzał lato i zapraszał do siebie przyjaciół. Jeździliśmy do Maćka na Mazury i tam, u niego, poznaliśmy piwo „Jurand”, produkowane w Szczytnie. Tak smacznego trunku nie można było kupić w Warszawie. Od tej pory nasz przyjaciel Maciek miał „psi obowiązek” z każdego swojego prywatnego wyjazdu do mazurskiej chatki, przywozić kilka skrzynek piwa dla przyjaciół.
Kiedy już poznałem Szczytno i wielokrotnie odwiedzałem je, zamknięto browar. Piwo „Jurand” wprawdzie można było kupić w sklepie, ale jego wytwórcą był browar w Olsztynie. Zupełnie nie ten smak! Szkoda.
Przy okazji chcę wspomnieć, że w tamtych latach, już po zakończeniu produkcji szczycieńskiego piwa, zacząłem pracować w naszym regionie jako architekt i plastyk. Otrzymałem wówczas od ówczesnego dyrektora byłego browaru, czyli obecnej fabryki likierów, pana Zdzisława Biedaka, ciekawą zawodową propozycję. Propozycję zaprojektowania na terenie obiektu stałej ekspozycji historycznego ciągu produkcyjnego. Dla zwiedzających. Popierał tę inicjatywę ówczesny burmistrz pan Paweł Bielinowicz. Ale ostateczna decyzja należała do niemieckiej właścicielki obiektu. Pani owa długo wahała się, aż w końcu nic z tego nie wyszło. Szkoda. Z pewnością coś takiego stanowiłoby ogromną atrakcję turystyczną i dzisiejsza rozlewnia wódy byłaby zupełnie inaczej postrzegana w krajobrazie Szczytna.
Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}
