Niby w szpitalu jak w szpitalu, ale przecież bywa różnie. Miałem ostatnio okazję zdobyć pewne doświadczenie w tym względzie, bowiem około tygodnia spędziłem w pomieszczeniach oddziału wewnętrznego naszego szczycieńskiego szpitala. Przed laty było mi dane skorzystać z medycznych usług aż czterech tego rodzaju obiektów, ale w placówce szczycieńskiej znalazłem się po raz pierwszy. Odbyłem tam szereg specjalistycznych badań. Jako pacjent chodzący, zatem bez dodatkowego stresu wynikającego z bezsilności. Miałem dość dużo czasu, aby obserwować szpitalną codzienność.
Mieszkam w Szczytnie od prawie dwudziestu lat i przez ten czas, jeśli tylko ktoś cokolwiek powiedział o tutejszym szpitalu, to zawsze źle. Ileż to ja się nasłuchałem o niekompetencji i chamstwie (pewien chirurg) lekarzy, o braku właściwej opieki pielęgniarskiej i ogólnym bałaganie. Przyznam, że kiedy ze skierowaniem w garści wkroczyłem do izby przyjęć, to duszę miałem na ramieniu i łydki trzęsły mi się ze strachu. Tymczasem rzeczywistość okazała się zupełnie inna i dlatego postanowiłem w dzisiejszym felietonie opisać moje wrażenia z pobytu w szczycieńskim szpitalu. Wrażenia jak najbardziej pozytywne.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Nikt normalny nie powie, że miło spędził czas w szpitalu i chciałby tam wrócić. To jasne. Niemniej należy docenić starania personelu odnośnie wygody oraz wszelakich potrzeb pacjenta. Co do oddziału wewnętrznego szpitala w Szczytnie, to jestem pełen uznania i czuję się wręcz w obowiązku, aby o tym napisać.
Felieton to nie reportaż, zatem nie będę podawał żadnych statystycznych danych, znaczących osiągnięć szpitala oraz planów i zamierzeń na przyszłość. Także nie wymienię z nazwiska obsady medycznej, tym bardziej, że nikt z lekarzy, z którymi rozmawiałem nie przedstawił się (widocznie nie ma takiego zwyczaju) i nawet na drzwiach pokoju lekarskiego nie wymieniono żadnych danych jego użytkowników. Wciąż nie znam nazwisk oddziałowych lekarzy poza ordynatorem. Jego wizytówkę umieszczono na drzwiach gabinetu. Ale jedną osobę wyróżnię. Mianowicie Panią Doktor, która bezpośrednio opiekowała się moją osobą. To pani doktor Iwona Praszkiewicz (jak pani doktor nazywa się powiedziały mi dopiero pielęgniarki). Zawodowa kompetencja i zaangażowanie - początkowo anonimowej Pani Doktor - naprawdę mi zaimponowały. We wszystkich szpitalach, które poznałem zawsze obowiązywała żelazna zasada: pacjenta należy leczyć, ale jak najmniej z nim o tym rozmawiać. Przecież i tak baran nic z tego nie zrozumie! Po cholerę zatem strzępić język. Tymczasem „moja” Pani Doktor, podczas porannego obchodu, zawsze znalazła chwilę, żeby w kilku „prostych, żołnierskich słowach” wyjaśnić mi, co aktualnie dzieje się wokół mojej osoby i co z tego wynika. A nawet potrafiła podzielić się ze mną pomysłami na dalsze postępowanie badawcze. To, że nie zaliczono mnie do kretynów, już samo w sobie było miłe. Poza tym przyznam szczerze, że naprawdę podobała mi się medyczna dedukcja Pani Doktor odnośnie wniosków z dotychczasowych badań i prognozowanych zamierzeń. Słuchając jej informacji czułem się jak dr Watson pouczany przez Sherlocka Holmesa.
Specjalistyczne badania i kontakt z lekarzem to tylko krótkie, choć najważniejsze, epizody w codziennej, szpitalnej egzystencji. Ale doba ma 24 godziny, a przez ten czas opiekuje się chorymi mieszkańcami piętnastu pokoi oraz rezydentami korytarzowymi (brak miejsc) oddziałowy zespół pielęgniarek. Zabiegowych, pielęgnacyjnych, pomocniczych. No i jeszcze panie sprzątające. Na wewnętrznym oddziale w Szczytnie to naprawdę imponująca szpitalna grupa zawodowa. Ekipa niesłychanie zgrana. Doskonale przygotowana i potrafiąca współpracować ze sobą. Nikt tam nie zasłania się kimś innym. Dziewczyny są wszędzie. Zawsze pomocne. Uśmiechnięte i życzliwe, a cierpliwe wobec chorych do takich granic, że doprawdy gdybym przy tym nie był, nie uwierzyłbym, że można zawód pielęgniarki wykonywać z aż taką empatią. Jak już wspomniałem, w moim dość długim życiu poznałem od środka szpitale cztery. Wszystkie w Warszawie. Ogromny, kliniczny zespół Akademii Medycznej przy ulicy Banacha, szpital chirurgii urazowej na Barskiej, a także szpital bielański oraz największy z nich, wojskowy, renomowany instytut medyczny przy ulicy Szaserów. Wszędzie tam leczono mnie starannie i skutecznie.
Nie mam najmniejszego powodu, aby narzekać na personel wszystkich
wymienionych obiektów. Natomiast stwierdzić muszę, że tylko w Szczytnie spotkałem się z aż tak sympatyczną, domową atmosferą. Niemal rodzinną. Kiedy w czwartek, około
godziny trzynastej opuszczałem oddział i w wyjściowym ubraniu wszedłem do windy, to akurat w środku natknąłem się na nadjeżdżający wózek z obiadem. Zobaczywszy mnie, wózkowa ochmistrzyni zakrzyknęła stanowczo: „A gdzie to pan się wybiera? Tak bez obiadu? Niech pan wraca i najpierw posili się. Mamy dzisiaj zraziki”. Nie skorzystałem, ale wzruszyłem się.
Jeszcze jedna pochwalna fraza. Gratuluję panu ordynatorowi, bo jak sądzę to jego zasługa, wspaniałej organizacji funkcjonowania oddziału. Synchronizacja wszelkich medycznych działań, a także błyskawiczny obieg informacji do podległych realizatorów zamierzonych czynności zaimponowały mi. Jak w zegareczku.
Na zakończenie wyjaśnię czytelnikom, co też zagnało mnie do szczycieńskiego szpitala. Otóż moją medyczną słabość ktoś kiedyś określił następująco: „Młodość, która szumi w głowach, w późniejszych latach nazywa się nadciśnieniem”.
Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}
