W kilku ostatnich felietonach opisywałem głównie artystyczną działalność szczycieńskich twórców, a także co z tego wynika, czyli co dzieje się w naszym mieście odnośnie tak zwanych wydarzeń kulturalnych. Było i jest ich sporo, ale chwilowo muszę nieco odejść od mojego ulubionego tematu, bowiem nie jestem na bieżąco. Miniony tydzień spędziłem w Warszawie, nie miałem zatem możliwości śledzić szczycieńskich wydarzeń.
Ale zaraz po powrocie zaprosił mnie na rozmowę Pan Burmistrz i opowiedział o tym, co miasto zaplanowało na okres wakacji, w ramach promocji. Jestem jak najbardziej za, natomiast będę o tym pisywał „w miarę jedzenia”.
Dzisiejszy felieton poświęcam zatem Stolicy. Jakby nie było wizytówki naszego państwa. Pamiętam, że dokładnie rok temu, w maju, także spędziłem kilkanaście dni w Warszawie. Podobnie jak obecnie była piękna, słoneczna pogoda, toteż większość wolnego czasu wałęsałem się po mojej ulubionej dzielnicy, to jest w okolicy placu Konstytucji, placu Zbawiciela i placu Na Rozdrożu. Tym razem także odwiedziłem owe wszystkie, doskonale mi znane, zaułki Śródmieścia i Mokotowa. Minął zaledwie rok, a ileż się zmieniło. To miasto ewoluuje w nieprawdopodobnym tempie. Znam wiele dużych miast europejskich i muszę stwierdzić, że Warszawa, to dzisiaj taka sama światowa metropolia jak te, które widziałem. A jeszcze kilka lat temu, to wcale tak nie wyglądało. Bywam w Stolicy dość regularnie i każda kolejna wizyta jest dla mnie pozytywnym zaskoczeniem.
Dwieście, a może trzysta metrów od placu Zbawiciela, obok którego mam swoją warszawską bazę, stoi budynek główny Politechniki Warszawskiej. Dalej zaczyna się teren zabudowany innymi gmachami warszawskiej uczelni. Aktualnie na PW uczy się 36 000 studentów (w tym ponad 1300 obcokrajowców). To o ponad 10 000 więcej niż liczba wszystkich mieszkańców Szczytna. Czyli dużo. Nic też dziwnego, że sam plac, z pięknym kościołem Najświętszego Zbawiciela zbudowanym w roku 1927, jest gigantycznym miejscem młodzieżowych spotkań. To jeden wielki kawiarniano-barowy ogródek, obsługiwany przez kilka potężnych pubów, czy też barów. Przechodząc między stolikami, leżakami, parasolami, skrzynkami do siedzenia i... wszystkim, na czym da się usiąść, mija się dosłownie setki przesiadującej tam, głównie przy fajnych kanapkach i bardzo różnorakich napojach, wesołych, barwnych młodych ludzi. Słychać ich wielojęzyczny gwar oraz skrzyp niezliczonych tramwajów, przejeżdżających przez rondo, jakim jest plac Zbawiciela. Nawet kiedy wracałem do domu po godzinie jedenastej wieczorem nic się nie zmieniało. No, może mniej było huku tramwajów. Swoją drogą, kiedy spaceruje się po centralnych dzielnicach Warszawy, to zawsze idzie się wśród tłumu. Głównie młodzieżowego i jakże różnorodnego. Mija się ludzi różnych ras i kolorów skóry. Oprócz dominującego, oczywiście, języka polskiego słychać wokół rozmowy w przeróżnych gwarach. Często zupełnie nierozpoznawalnych.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Wciąż jest dla mnie tajemnicą, jakim cudem tysiące mniejszych i większych knajpek znakomicie prosperuje w mieście Warszawa. Co z tego, że to Stolica, ale Polska nie jest krajem milionerów. Tymczasem spacerując po „moich” uliczkach, mijam na każdej, choćby najmniejszej, co najmniej kilka różnych lokalików, a wszystkie pełne klientów. Dodam, że warszawskie ceny są przynajmniej o połowę wyższe niż w Szczytnie. Inna sprawa, że różnorodność tamtejszych ofert gastronomicznych jest wprost porażająca.
Idąc ulicą Koszykową zajrzałem do znanego mi od wielu, wielu lat baru restauracyjnego w bramie wychodzącej na plac Konstytucji. Lokal wciąż funkcjonuje, ale jest to obecnie restauracja z kuchnią Tadżykistanu. Pogadałem sobie z właścicielami. Dwóch sympatycznych trzydziestolatków. Mówią po polsku, bo tu studiowali. Postanowili nie wracać do siebie. Zostać w Warszawie. Zamówiłem pieczone pierogi z baraniną. Proste, a może nawet prymitywne danie, ale przyrządzone starannie, smakowicie, regionalnie przyprawione i tanie. Na razie tanie, bo Tadżycy otworzyli lokal zaledwie pięć miesięcy temu, ale co będzie jak się rozwiną?
A propos warszawskiej gastronomii i obcokrajowców. Do Warszawy pojechałem autobusem, a nie samochodem. Miałem zatem okazję zwiedzić pekaesowski Dworzec Zachodni. Bardzo dawno tam nie byłem. I oto ze zdumieniem stwierdziłem, że jest to dzisiaj znakomicie zorganizowana placówka, będąca głównym centrum kontaktów Ukraina - Polska. Wszystkie napisy na szyldach są dwujęzyczne. Na dworcu dominuje język ukraiński (tak sądzę, bo może to jest rosyjski). Liczne bary preferują dania proste i tanie. Według gustu naszych wschodnich sąsiadów. A ruch jak na największych lotniskach Europy!
Na zakończenie drobna ciekawostka. Nowość, bo przed rokiem czegoś takiego jeszcze nie było. Miejskie, elektryczne hulajnogi. Stoją wszędzie. Ot tak „porzucone” gdziekolwiek, na środku chodnika (mają składane nóżki). Korzystasz z nich po odpowiednim zalogowaniu się. Opłata leci na konto, a telefon pokazuje ci lokalizację najbliższego, pozostawionego przez użytkownika pojazdu. Bierzesz sobie taką hulajnogę, dojeżdżasz, gdzie chcesz i zostawiasz. W Warszawie jest tego pełno. Co chwila ktoś obok ciebie śmiga na elektrycznej dwukółce. A rozwija taka hulajnoga prędkości ponad 30 km na godzinę. Tak dzisiaj wygląda Warszawa.
Aktualny felieton mam ochotę zakończyć słowami „I to by było wszystko, proszę wycieczki”.
Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}
