Tytuł, jak widać, ściągnąłem z telewizyjnej piosenki autorstwa Jeremiego Przybory.
Popularnej w czasach istnienia „Kabaretu Starszych Panów”. Śpiewał ją Wiesław Michnikowski. Kiedy słuchałem tego przeboju w latach sześćdziesiątych, wielce bawił mnie ów dowcipny tekst. Dzisiaj ja już jestem prawdziwym staruszkiem i nie odczuwam, z tego powodu, jakiejś szczególnej wesołości. Jeremi Przybora napisał tę piosenkę w wieku czterdziestu kilku lat. Ale żył lat aż 89. Ciekaw jestem, czy mistrz pióra, zdobywając wieloletnie doświadczenie, zmienił zdanie co do wesołości starczej egzystencji? Podobnie jest z aktorem Wiesławem Michnikowskim. Jako czterdziestolatek bardzo przekonująco wychwalał wesołe życie staruszka. Czy także u schyłku swoich lat potrafił cieszyć się starością? Aktor przeżył lat 95. Piękny wiek, ale chyba na co dzień niełatwy w pożyciu.
Przeglądam czasem różne życiorysy i zastanawia mnie długowieczność ludzi sztuki. {akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Długowieczność, jak się okazuje, jest nie tylko domeną aktorów polskich. Rozejrzyjmy się po Hollywood. Słynny Sean Connery, laureat Nagrody Oscara, dożył dziewięćdziesiątki. Zmarł trzy lata temu. Dodam pewną ciekawostkę. Otóż gwiazdor Hollywood, mając lat 76, porzucił swój zawód. Przeszedł na emeryturę. Wytłumaczył widzom, że „jest rozczarowany aktualnym stanem kinematografii, oraz idiotami, którzy kręcą filmy”. Podobnie postąpił inny gwiazdor filmowy, Robert Redford. Żyje do dzisiaj i ma lat 86, ale definitywnie zerwał z zawodem cztery lata temu. Na zakończenie tej amerykańskiej listy dodam, że Marlon Brando zmarł w wieku 86 lat. Mimo ciężkiej choroby grał niemal do ostatnich chwil. Natomiast Antony Hopkins, który ma lat 86 żyje i czuje się dobrze, a 3 lata temu otrzymał Nagrodę Oscara. Zatem chyba tylko on, spośród wymienionych byłby gotów zaśpiewać „wesołe jest życie staruszka”.
Zawsze wydawało mi się, że długowieczność zależy od tak zwanego zdrowego sposobu życia. Czyli powietrze, właściwe odżywianie się i ruch. Najlepiej sport. Przejrzałem wobec tego życiorysy znanych sportowców i okazało się, że tylko bardzo nielicznym udało się osiągnąć wiek powyżej dziewięćdziesiątki. Spośród długowiecznych Polaków wymienię tenisistę z Gdyni Tadeusza Krzyszkowskiego, nadal czynnego gracza, który niedawno świętował, na gdyńskich kortach, swoje stulecie. Niewiele znalazłem życiorysów potwierdzającym tezę, że sportowcy cieszą się zdrowiem i długo żyją. Ale korci mnie, aby wspomnieć genialnego, polskiego boksera z moich czasów. Leszka Drogosza zwanego czarodziejem ringu. Zmarł on w roku 2012, w wieku 79 lat. Prawie osiemdziesięciu. Jakieś dwa, albo trzy lata przed jego odejściem odwiedzili go dwaj moi znajomi. Jeden z nich, to Tomek Biernawski scenograf filmowy, specjalista od uzbrojenia i konnej jazdy. Stały współpracownik Jerzego Hoffmana. Drugim był znany aktor Daniel Olbrychski. Opowiadał mi później Tomek, jak przebiegała wizyta u pięściarskiego mistrza. Otóż Daniel namawiał Drogosza na taki lekki, treningowy pojedynek bokserski. Obaj panowie rozebrali się do majtek, założyli rękawice i stanęli naprzeciwko. Jeden pięknie umięśniony byczek, drugi nieco dziadkowaty, z niemałym brzuszkiem. No i zaczął się pojedynek. Drogosz był mistrzem uników. Od zawsze miał nieprawdopodobny refleks. No i proszę - wysportowany Daniel Olbrychski nie dał sobie rady z prawie osiemdziesięcioletnim dziadkiem Drogoszem, którego nie bardzo można było trafić.
Wystarczy już tych dziadowskich przykładów. Pozostaje pytanie, czy jeśli chcemy długo żyć, to powinniśmy uprawiać sporty, najlepiej na powietrzu, czy raczej bardziej korzystnie byłoby zostać aktorem. Przesiadywać w zamkniętych wnętrzach studia lub teatru. W dzień i często w nocy. Zastanawiam się, czy Leszek Drogosz nie dotarł do osiemdziesiątki tylko dlatego, że zagrał w wielu filmach. Zatem był nie tylko mistrzem sportu, ale i artystą. Filmowym aktorem.
Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}
