Ciąg dalszy wspomnień mieszkańca Targowa o wydarzeniach ze stycznia 1945 r. i ucieczce przed Rosjanami.
KIERUNEK: BISKUPIEC
Wolf wrócił wieczorem 21, bo wszystko, od Dźwierzut do Biskupca, było zablokowane, więc 22 [stycznia 1945 roku] pojechaliśmy przez Kałęczyn, Popową Wolę i Kobułty w kierunku Biskupca. Pojechaliśmy: pani Minna Littek ze swoim Polakiem (Józefem) i z Polką (Jaschą), pani Kendzorra z Francuzem (Renau) i z Polką (Ireną), plus jej siostra, a ja zabrałem się z panią Korzen (matką pani Kendzorra). Następnie Julek pani Krause podróżował z nami, ale musiał zawrócić w Kałęczynie, ponieważ konie nie były podkute i było dużo czarnego lodu. Dojechaliśmy do Popowej Woli w południe i zatrzymaliśmy się w tamtejszym dworze. We wtorek 23 stycznia pani Littek, pani Kendzorra i dzieci, ich matka, siostra i jeden chłopiec opuścili stację Kobułty. Francuz przywiózł ich bagaże na dworzec. 24 stycznia chcieliśmy jechać dalej do Biskupca, ale musieliśmy zawrócić, ponieważ nadal był korek. Potem pojechaliśmy z powrotem do domu, ale niektórzy ludzie z Targowa przyszli się z nami spotkać i powiedzieli nam, że Targowo jest już całkiem puste. Zawróciliśmy więc i 25 stycznia pojechaliśmy przez Kobułty do Dombrowken, dzielnicy Sadowa. Przenocowaliśmy w Dombrowken. 26 stycznia w południe musieliśmy natychmiast wyruszyć w kierunku Łężan w powiecie reszelskim. Z Dombrowken starosta i żandarmeria wyjechali dzień przed nami.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
PIERWSZE SPOTKANIE Z ROSJANAMI
27 stycznia pojechaliśmy do Reszla. Jednak przed dotarciem tam musieliśmy zatrzymać się i spędzić noc u kierownika biura w Miedendorf, ponieważ wszystko było zablokowane. 28 pojechaliśmy z powrotem do Łężan, ponieważ Rosjanie posuwali się naprzód. Z Łężan pojechaliśmy w kierunku Bisztynka i Lidzbarka Warmińskiego.
Do Kabin dotarliśmy w południe 29 stycznia. Krótko po godzinie pierwszej Rosjanie byli już na miejscu. Tam wszystko potoczyło się szybko. Pośpiesznie wyrzuciłem mój wojskowy rewolwer z 23 sztukami amunicji w śnieg za żywopłotem. Następnie sprawdzono nasze wozy pod kątem broni. Pozbawiono nas jednego konia. W rezultacie pojedynczy powóz musiał zostać z tyłu ze zbędnym bagażem. Od razu zabrali mi 2 zegarki kieszonkowe, obrączkę i 150 rolek srebra. Wyjechaliśmy pod wieczór. Jechaliśmy trzema powozami: ja z powozem Kendzorry, powóz Littka i pani Pawellek z Targowa. Przy biskupieckiej drodze wisiał plakat, że most przed Biskupcem został wysadzony. Następnie pojechaliśmy w kierunku Mrągowa. Robiło się już ciemno. Nagle natknęliśmy się na rosyjski pułk z flagą. Znów zaprzęgnięto do mnie innego konia, a ja ledwo utrzymałem się w kaloszach. Ciągnąc ciężki wóz z jednym koniem kilka kilometrów dalej, dotarliśmy do opuszczonego majątku. Tam złapałem starego konia, zaprzągłem go i pojechaliśmy dalej. Po drodze spotkaliśmy szwagra Michela Plotzkiego z Borowego. Ponieważ była noc, zatrzymaliśmy się na nocleg w dużym gospodarstwie. Tam spotkaliśmy kolejnych pojmanych Włochów. Rankiem 30 stycznia, kiedy okazało się, że Rosjanie nacierają od strony Mrągowa, pojechaliśmy z powrotem do Biskupca.
NA LINII FRONTU
W pierwszej wiosce (nazwa zapomniana, akta zabrane później przez Polaków) Rosjanie naprawdę nas dogonili. Rezultat: zabrano nam ostatniego najlepszego konia i byliśmy zmuszeni dalej iść, aż na krótko przed Biskupcem. Gdybyśmy w lesie pod Biskupcem skręcili w lewo w kierunku jeziora, moglibyśmy znaleźć się w lepszej sytuacji. Ale pojechaliśmy prosto do Biskupca i trafiliśmy bezpośrednio na rosyjską linię frontu, samoloty grzechotały karabinami maszynowymi, czołgi huczały i tak jechaliśmy aż do miasta. Po drodze rosyjskie patrole piechoty zaglądały do naszych wozów. Moja żona była w jednym z czołowych wozów. W mieście zabrali mi również rosyjskiego konia, więc zostałem z jednym nędznym koniem, który ledwo mógł ustać w miejscu, nie mówiąc już o ciągnięciu. I Rosjanie (piechota) jak mrówki rozbiegli się po wozie, a wszystko, co było wędzone, moje piękne kiełbasy, szynka, ciasta i ubrania poszły z nimi. W rozpaczy wziąłem konia za łeb i wyjechałem kilkaset metrów za miasto na drogę do Targowa. To było tuż przed lasem. Ale potem szkapa zupełnie zawiodła i zostałem sam z wozem.
OKRADZIONY PRZEZ POLAKA
Był już wieczór. Patrole wciąż plądrowały mój wóz. Jeszcze lepsze rzeczy i łóżka wywlokłem do lasu. W międzyczasie przyszedł Polak pani Pawellek i zażądał ode mnie ostatniego konia. W zamian miał zabrać część moich rzeczy do Targowa. Konia zabrał, nie mogłem go już używać, a z wozem pojechała walizka z kiełbasą, trąbką, skrzypcami oraz nasza torba targowa z książkami i ważnymi papierami. Ponieważ wciąż byłem przeszukiwany, w końcu nie wiedziałem, gdzie co ukryć. Nie zobaczyłem już konia ani żadnego bagażu. Przeklęty Polak okłamał mnie i okradł. Nazywał się Tomasz Pawlenski z Dębów lub z Myszyńca.
ZBAWIENNA ZNAJOMOŚĆ POLSKIEGO
Był już późny wieczór. Nie wiedziałem, gdzie jest moja żona. Uporządkowałem swoje rzeczy, więc wziąłem worek z uprzężą końską, moje czarne spodnie z kombinezonu trackiego i 2 duże emaliowane naczynia i poszedłem do Targowa po wóz. Zamiast skręcić w lewo, poszedłem w kierunku Barczewa przez pole i doszedłem do koszar fizylierów. Były pełne Rosjan. Zostałem błyskawicznie aresztowany i przeszukany, ale ponieważ rozumiałem po polsku, wypuszczono mnie. Zatrzymali uprząż. Teraz wróciłem przez pole, ale zostawiłem drogę z wozem po lewej stronie i chciałem odciąć duży odcinek. Doszedłem do wsi. Most był opuszczony. Nie znałem wioski, ponieważ nigdy w życiu nie postawiłem w niej stopy. Poszedłem na drugą stronę drogi w kierunku Targowa. Przeszedłem kilkaset metrów i prosto na [30.1.45] rosyjski pociąg pancerny. Zostałem aresztowany i postawiony przed dowódcą. Długo musiałem mówiąc po polsku przekonywać komendanta, aby udzielił mi łaski. W końcu zapytał mnie, czy chcę być zatrzymany, czy wrócić do domu do żony? Oczywiście zdecydowałem się na to drugie. Poszedłem więc dalej drogą do miejsca, które przypominało wieś, ale musiało być dużą posiadłością i płonęło. Zobaczyłem światło w domu. Wszedłem do środka i spotkałem rosyjskiego posterunkowego. Rozmawiałem też ze strażnikiem. Dzięki temu, że mówiłem po polsku, uszło mi to na sucho. W przeciwnym razie mógłbym zostać aresztowany lub rozstrzelany jako szpieg. Wyszedłem z wioski (mogła to być tylko Parleza Wielka) i zobaczyłem stodołę. Na tarasie była drabina. Podłożyłem worek pod głowę i spałem może trzy godziny. Przed mrozem [31.1.45] obudziłem się.
Cdn.
Witold Olbryś{/akeebasubs}
