Ciąg dalszy wspomnień mieszkańca Targowa Augusta Latzy z początku 1945 r.
POLACY
Nadszedł maj [1945 r.] i przyszli Polacy osiedlać się w naszych gospodarstwach. Nasze mieszkanie (dom jako całość) było w złym stanie. Sołtys powiedział: „Ty August, przenieś się do domu pani Naroskiej, zajmij ogród i kawałek ziemi o powierzchni 10 arów od sąsiada Berga. Zachowasz ziemię i dom dla sąsiadów i żaden Polak nie wprowadzi się do twojego domu, bo jest za stary. Posłuchałem go i zrobiłem to. Wolałbym tego nie robić, bo mój wróg i przyjaciel już zadbał o to, żeby tak nie zostało. Był rozkaz, aby każdy sadził ziemniaki w pobliżu swojego domu. Niezależnie od tego, czy był właścicielem ziemi, czy nie. Zasadziłem więc dwa hektary ziemniaków na ziemi Berga. W gospodarstwie Berga był już Polak Wilk. Pomagał mi sadzić. Pomagała też Polka z Wittkenski, która również udzielała rad (…). Polaków przybywało coraz więcej.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
PIERWSZE TARCIA
Był też polski burmistrz (Chautys) i niemiecki burmistrz dla nas, Niemców. Wtedy zaczęły się tarcia. Pewnego dnia przyszło do nas 11 Polaków. Byłem jeszcze nad jeziorem. Moja żona dała im ziemniaki i dużą miskę ryb. Ugotowaliśmy, zjedliśmy, przynieśliśmy słomę, przespaliśmy się, następnego dnia daliśmy im mąkę, żeby mogli upiec chleb, a potem wyruszyli. Jednak dwóch młodych chłopaków mnie okradło. Wszyscy się wyprowadzili. Ponieważ było tu już dość duże zaludnienie, rozlokowano też polską milicję. Tak jak wróciliśmy przed ucieczką Rosjan i czuliśmy się tacy samotni i opuszczeni, i życzyliśmy sobie, żeby przyjechali jacyś ludzie, nieważne jacy, tak teraz życzyliśmy wszystkich diabłów z piekła rodem, tylko nie Polaków jako sąsiadów i osadników. Bo teraz zaczęła się nędza na szczególną skalę.
RABUNKI I SZABER
Polacy, którzy się tu osiedlili, umieścili na swoich domach biało-czerwoną flagę, aby było wyraźnie widać, że mieszkają w nich Polacy. Nam, Niemcom, nie wolno było, chyba że spolonizowalibyśmy się tak szybko, jak to możliwe. Ale i to niewiele pomogło. Napływ Polaków wciąż rósł. A wszystko szło ze Szczytna przez Targowo. Tak więc przejeżdżający Polacy często przychodzili do domów, w których mieszkali Niemcy i domagali się jedzenia. Do Polaków chodzili bardzo rzadko, co najwyżej zapytać, gdzie mogą coś przejąć po Niemcach. Szczególnie upodobali sobie dom Naroskiej, gdzie mieszkaliśmy, i dlatego byli dla nas najbardziej uciążliwi. Wiedzieli też, że tu mieszka rybak i tu można coś dostać. Raz więc, pod moją nieobecność, przyszło trzech Polaków i splądrowali nasze mieszkanie, a gdy żona chciała ich powstrzymać, Polak uderzył ją dwa razy w plecy gumowym wężem. Krzyknęła, przybiegli sąsiedzi Polacy, a wkrótce przyjechała też milicja. Trzej włóczędzy zostali wkrótce złapani i zabrani na posterunek milicji, a następnego dnia do Szczytna. Nie wiadomo, co się później z nimi stało.
Kilku innych Polaków przyszło do naszego domu i było natarczywych, ale przyszła Polka z sąsiedztwa i przekonała ich, żeby poszli dalej. Chciałbym też zaznaczyć, że spośród wspomnianych 12 Polaków, którzy u nas zamieszkali, jeden z nich był przyszłym dowódcą milicji. Wcześniej, kiedy jeszcze sprzątaliśmy, przyniosłem z opuszczonego gospodarstwa ręczny młynek i umieściłem go w naszej stajni. Niestety, okazało się to tylko na naszą niekorzyść. Polacy przyjeżdżali i mielili swoje zboże. Niektórzy na chleb, inni na bimber, bo byli specjalistami od destylacji spirytusu. Wtedy, jak sprzątałem, to znajdowałem różne sterty tekstyliów i zwykłych przedmiotów gospodarstwa domowego. Chowałem je do domu i upychałem w stodole albo w jakiejś innej dziurze, ale to wszystko na nic. Kiedy [Polacy] byli trochę zmęczeni, jeden wchodził do domu, żeby napić się wody i zostać na chwilę, podczas gdy drugi szpiegował wszystko, a wieczorem przychodzili i zabierali. Ale mogli też korzystać ze wszystkiego. Miałem sporo rzeczy, w końcu wszystko mi zabrali. Żeby mieć spokój, oddałem ręczny młynek sąsiedniemu Polakowi Wilkowi. Jednak on był o sto procent gorszy od innych. Wszyscy Polacy, którzy osiedlili się w Targowie, pochodzili z okolic Makowa. A wszystko jedna rodzina, szwagrowie i siostry Wilka mieszkali w bliskim sąsiedztwie nas. Byłem tak osaczony, że nie mogłem się w ogóle ruszyć, ale musiałem robić dobrą minę i nie dać po sobie poznać, że coś nam zrobili. Naprawdę musiałem uważać jak żołnierz na warcie. Wkrótce dowiedziałem się, kto mnie okradł. Ale miałem ich na oku.
DZIERŻAWA JEZIORA
Teraz, gdy łowiłem ryby, Polacy przychodzili po nie każdego ranka. Nasi ludzie też. Łatwo było wytłumaczyć, dlaczego najpierw dałem w łapę dowódcy milicji i polskiemu sołtysowi, a potem Niemcowi. Ale polski komendant milicji i polski burmistrz nalegali, abym udał się do Szczytna do polskiego inspektora rybackiego i wydzierżawił Jezioro Rańskie. Żądano czynszu w wysokości 180 kwintali ryb rocznie. To było za dużo jak na jezioro o powierzchni 1200 akrów. Powiedziałem również, że mam niewiele sieci i nie mogę dostarczyć żądanej ilości. Ponieważ dowódca milicji i polski burmistrz mieli już do czynienia z inspektorem, musiałem się zgodzić. Po pierwsze, wszyscy myśleli, że dostaną ode mnie wystarczająco dużo ryb, a po drugie, myśleli, że dostaną ode mnie polskiego Mazura. Ale nie dostali ani jednego, ani drugiego. Musiałem im coś dać, ale starałem się rozdzielić ryby prawidłowo. Do zaopatrzenia było nie mniej niż sześć wsi. Mężczyźni, którzy pomagali, też musieli dostać swoją część. Ponieważ był teraz czerwiec, rosyjskie wojskowe oddziały robocze przybyły do każdej wioski i również chciały ryb. Komendantura w Dźwierzutach wzięła duże ryby, oddział roboczy kilka dużych i kilka małych, Polacy z rady powiatowej w Szczytnie również wzięli duże ryby. Czasami nie wiedziałem, jak to zrobić. Nasi ludzie, którzy pomagali przy łowieniu ryb, krzyczeli, że za mało im daję. Najchętniej wyrzuciłbym cały sprzęt. Co w końcu zrobiłem. Powód, dla którego przejąłem dzierżawę jeziora był następujący: Przez wiele lat łowiłem ryby z dzierżawcą Maxem Mauritzem. Obaj bardzo dobrze się dogadywaliśmy. Miałem cichą nadzieję, że wróci on ze swojej ucieczki i przejmie zarządzanie. Ale zamiast niego przyjechał jego brat Fritz, który również był rybakiem w Marksewie, ale ostatnio był komendantem w Chorzelach. Tak więc po dobrych dwóch miesiącach po cichu przekazałem mu kierownictwo, ponieważ powiedziano mi, że jego brat Max zastrzelił siebie i swoją żonę. Nie wiem dokładnie. Mógł zostać zastrzelony przez Rosjan. Przewidywałem, że nasze połowy nie potrwają długo. Powody były następujące: Po pierwsze, na początku czerwca z wyspy skradziono duży letni włok. Przypuszczano, że zabrał go brat rybaka Fritza Mauritza.
Oprac. Witold Olbryś{/akeebasubs}
