Ciąg dalszy wspomnień pochodzącego z Białorusi Leona Szycika, który w 1944 r. jako dziecko wraz z rodziną trafił na roboty przymusowe do majątku w Lipnikach.

Wspomnienia z Lipnik cz. 4
Dawny dziedziniec dworski w Lipnikach. Na środku pozostałości fontanny. Obecnie dziedziniec stanowi wiejski plac wraz z wiatą integracyjną

DORAŹNY SĄD

Ponoć istniał tam w Dłużku sowiecki doraźny sąd wojenny. Przed ten sąd prawdopodobnie postawiono panią Roth. Sędzia zapytał, wskazując na nią: „kto eto takoj?” („kto to taki?”), zwracając się do jednego ze świadków, którym był akurat jeden z jeńców przebywających w w baraku w Lipnikach. Proszę tu wybaczyć użycie wulgarnych słów, ale chcę oddać atmosferę tamtego czasu. Świadek odpowiedział: „eto bauerka, my u jejo rabotali” („to bauerka, myśmy u niej pracowali”). Sędzia dalej: „a kakaja ona była?” („a jaka ona była?”). Świadek: „ona bladź, tri hady maju krow piła” („ona k..., trzy lata moją krew spijała”). Sędzia: „ach, eto takaja bladź, - rozstrelać” (ach, to taka k..., rozstrzelać!”). Ponoć została odprowadzona przed pluton egzekucyjny i rozstrzelana.

Następnie postawiono przed tym sądem jej kilkunastoletnią córkę. I znowu sędzia pyta: „kto eto takoja?” („co to za jedna?”). Świadek odpowiada: „to doćka bauerki” („to córka bauerki”). Sędzia: „a kajaja ona była?” („a jaka ona była?”). Świadek: „ona takaja samaja bladź” („ona taka sama k...”). Sędzia: „rozstrelać” („rozstrzelać”). Postawiono przed kompanię egzekucyjną i rozstrzelano.

Ile w tej opowieści prawdy, ile zmyślenia – sprawa do dyskusji. W tych okrutnych czasach taka historia mogła się wydarzyć.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *} 

Kiedy dotarła do mnie wieść, że pani Roth po wojnie odwiedziła swoje rodzinne strony, poczułem ulgę. Uznałem, że powyższa historia była oparta na jakiejś innej, wojennej, tragicznej okoliczności. Być może niepotrzebnie ją tutaj przywołuję. A może do Lipnik przyjechała nie pani Roth, a ktoś z krewnych, a może inna osoba z tych regionów? Różnie to może być.

ZIMOWA TUŁACZKA

Potem wędrowaliśmy porą zimową 1945 r. do swoich wymęczonych stron rodzinnych – bo dokąd by? Kobieta 32-letnia i troje dzieci w wieku 9,7 i 4 lata. Nocowaliśmy, bywało, w stogu siana czy słomy. Czasem w lesie pod drzewem, czasem ktoś wpuścił do sieni. Zdarzało się, że jakiś wojskowy samochód podwiózł nas kilka kilometrów. Co jedliśmy – lepiej nie wspominać.

Pewnego razu zaszliśmy do opuszczonej chałupy. Był tam sołdat sowiecki. Gotował sobie makaron. Po ugotowaniu podsmażył na patelni, a nas poczęstował łyżką. Poczuliśmy ciepło o niebiańskim smaku. Na wiosnę, chyba już w marcu, dotarliśmy do Białegostoku i, o dziwo, wygłodniali, wycieńczeni i wyziębieni – nie zachorowaliśmy. Widocznie takie było przeznaczenie. Tu zakwaterowano nas w jakiejś ochronce (należałoby ustalić), nieco podkarmiono – na tyle, na ile było to możliwe i jako tako wzmocniliśmy się.

Dalsza wędrówka też nie była łatwa, a strony rodzinne zrujnowane. Nasza chałupa została spalona. Zatrzymaliśmy się w chałupie dziadka ze strony ojca, ale była tam już inna rodzina. Co się tam działo? To cała tragiczna historia.

KTOŚ NAS TU WZYWAŁ

Po niecałym roku matka wystarała się o dokumenty repatriacyjne i znaleźliśmy się w Łodzi. Dokumenty odtworzono z pamięci. Z Łodzi do Cybinki nad Odrą, potem Łeba, Lębork (gdzie skończyłem szkołę podstawową) i Gdańsk. W latach 70. ubiegłego wieku, kiedy brat Eugeniusz kupił fiata, wybraliśmy się z matką popatrzeć, gdzie byliśmy na Mazurach. Zajechaliśmy do Lipnik od szosy Jedwabno – Dłużek (…)

Zamieniliśmy kilka zdań z miejscowymi, ale nic konkretnego, ciekawego nie dowiedzieliśmy się. Zresztą jechaliśmy, żeby zobaczyć, wspomnieć, gdzie to byliśmy i to wszystko.

Z Lipnik zajechaliśmy do Jedwabna, ale do nikogo nie zachodziliśmy. Lipniki opuszczaliśmy jadąc, jak sobie przypominam, w kierunku Burdąga. Wyjeżdżając z tej miejscowości, zatrzymaliśmy się na rogatkach, naprzeciw cmentarza. Wstąpiliśmy tam i spotkaliśmy pewnego mężczyznę. Nawiązaliśmy z nim rozmowę. Powiedział, że w prawym rogu cmentarza jest kwatera, gdzie wiosną i latem 1945 r. grzebano ciała zmarłych osób zwożonych z okolicznych lasów, pól, itp. Być może tam też złożono ciało naszego ojca.

Co ciekawe, będąc ponownie po pewnym czasie w Jedwabnie, i znowu jadąc w kierunku Burdąga, zupełnie bezwiednie zatrzymaliśmy się koło tego samego cmentarza. Tak, jakby kierowała nami jakaś wyższa, nieznana moc, tak jakby ktoś nas tu oczekiwał, tak jakby ktoś nas tu wzywał. Być może rzeczywiście leży tu nasz ojciec? Oczywiście wstąpiliśmy na cmentarz, ale tym razem nikogo nie było.

Opisałem w skrócie, jak pod koniec wojny wyglądał nasz pobyt w Lipnikach i okolicy. Było to bardzo dawno i wiele szczegółów naszego tam życia się zatarło. Kończąc te wywody, uprzejmie pozdrawiam i może kiedyś uda się znowu pojechać do Lipnik, Jedwabna.

Koniec

Leon Szycik{/akeebasubs}