W nocy z piątku na sobotę w Jedwabnie doszło do incydentu z udziałem byłego radnego gminnego, a obecnie wojewódzkiego komendanta Państwowej Straży Rybackiej i działacza PiS, Szczepana Worobieja. Twierdzi on, że jeszcze przed północą podczas wieszania plakatów Andrzeja Dudy został zaatakowany i pobity przez znanego mu z widzenia mężczyznę. Rzekomy sprawca przedstawia jednak inną wersję zdarzeń, mówiąc, że to Worobiej złamał ciszę wyborczą.

Wyborcza bójka przy płocie
Szczepan Worobiej zapewnia, że wieszając plakaty z podobizną Andrzeja Dudy nie złamał ciszy wyborczej

ATAK PODCZAS WIESZANIA PLAKATÓW

Kampania poprzedzająca wybory prezydenckie wzbudza duże emocje, nie zawsze zdrowe. Pokazuje to incydent, do którego doszło w nocy z piątku na sobotę w centrum Jedwabna. Były radny gminny, działacz PiS i komendant wojewódzki Państwowej Straży Rybackiej Szczepan Worobiej twierdzi, że późnym wieczorem, w trakcie wywieszania plakatów z podobizną kandydata na prezydenta Andrzeja Dudy, został pobity. Zapewnia, że na umieszczenie na płocie materiałów wyborczych miał zgodę właścicieli posesji. Wybrał na to ostatni moment przed zapadnięciem ciszy wyborczej, ponieważ wywieszane wcześniej plakaty były systematycznie niszczone. Do ataku miało dojść około 23.40. Jak relacjonuje Worobiej, napastnik najpierw zaatakował go werbalnie, a następnie fizycznie. Twierdzi, że czuł od mężczyzny woń alkoholu.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}

Rzecznik prasowy szczycieńskiej Komendy Powiatowej Policji sierż. Izabela Cyganiuk informuje, że Szczepan Worobiej złożył zawiadomienie o ataku dopiero w sobotę w godzinach wieczornych. - Z relacji zgłaszającego wynikało, że wieszał plakat tuż przed północą i wówczas zaatakował go znany mu z wiedzenia mężczyzna mówiąc, że jest cisza wyborcza – relacjonuje rzecznik. Dodaje, że tej nocy miało jeszcze dojść w Jedwabnie do zniszczenia banerów i plakatów wyborczych. Policjantka dodaje, że Worobiej zgłaszał interwencję telefonicznie w nocy z piątku na sobotę, ale ją odwołał.

KTO KOGO POBIŁ?

Udało nam się dotrzeć do mężczyzny, który miał zaatakować komendanta. To mieszkający od kilku lat w Jedwabnie współtwórca przedsiębiorstwa społecznego, fotografik, przewodnik i publicysta. Jego wersja zdarzeń różni się od tej przedstawionej przez Worobieja. Mężczyzna, prosząc nas o niepodawanie jego personaliów, twierdzi, że do incydentu nie doszło wcale przed północą, lecz „grubo” po. - Akurat zaczynała się gwałtowna ulewa, więc pobiegłem do oddalonej od domu jakieś 80 metrów pracowni, by pozamykać okna – relacjonuje. - Wtedy drogę zajechał mi samochód, z którego wyszedł mężczyzna w kapturze. Zwróciłem mu uwagę, że nie może w tym miejscu stawać, bo jest to indywidualny wjazd, którym nie mogą się poruszać osoby postronne – kontynuuje nasz rozmówca. Jak mówi, zakapturzony mężczyzna w ogóle nie zareagował na jego słowa, tylko przystąpił do przytwierdzania plakatów. - Wtedy zasłoniłem płot ręką, a on zaczął mnie uderzać takerem po obu przedramionach – mówi. Zarzuty, że to on był agresorem, stanowczo odpiera. - Jestem niskim mężczyzną w okularach, a tamten jegomość znacznie mnie pod względem fizycznym przewyższał. Zaprzecza, by był pod wpływem alkoholu. Jak mówi, wcześniej wypił wyprodukowany przez siebie kwas chlebowy, który spożywa na odchudzanie. Dlaczego, widząc naruszenie ciszy wyborczej, nie wezwał policji? - Wybiegając z domu, nie wziąłem ze sobą telefonu. Poza tym nie było tam żadnych świadków, więc bałem się, że nikt mi nie uwierzy – odpowiada.

Zapewnia, że choć nie podoba mu się to, co robi obecna władza, to nie niszczył plakatów wyborczych prezydenta Dudy, o co podejrzewa go Worobiej.

Tymczasem były radny podtrzymuje swoją wersję zdarzeń, określając wyjaśnienia naszego rozmówcy mianem „absolutnych kłamstw”. Zapewnia, że ma dowód na prawdziwość swojej relacji w postaci połączenia telefonicznego na numer 112 wykonanego o godzinie 23.48.

Ewa Kułakowska{/akeebasubs}