Kiedy nauczałem studentów w szkole milicyjnej (potem policyjnej) oraz na Uniwersytecie Warmińsko – Mazurskim w Olsztynie starałem się korzystać z umiejętności mojego wykładowcy z czasów studenckich, prof. Gąsowskiego. Widząc zmęczenie studentów po przyjeździe z domu operowałem ciekawostkami, a widząc usypiających natężałem głos, sygnalizując odbiorcy dużą ważność przekazywanej wiedzy.
SZTUKA WYKŁADANIA
Student się budził i przez kilka kolejnych minut wsłuchiwał się w to, o czym mówiłem. Czasami zdarzało się, że lekcja historii przekształcała się w godzinę wychowawczą. Starałem się wówczas tłumaczyć, żeby nie przenosić do domu tego, czego doświadczał milicjant/policjant w pracy. Obcując z elementem kryminalnym przez wiele lat nabierał on mimowolnie cech środowiska kryminogennego. Potrafił być wulgarny wśród członków rodziny, a to się często kończyło rozwodem z żoną. Chciałem, żeby wzięli to głęboko do serca i nie przenosili wątpliwego jakościowo stylu w progi rodzinne.
PRAWDA O KATYNIU
Nie było roku, by słuchacze nie zadawali pytań na temat Katynia. Znali sytuację z przekazu rodzinnego, że to, co się tam stało było dziełem Rosjan, a oficjalna propaganda rządzących twierdziła, że zbrodni tej dopuścili się Niemcy. Dzisiaj nie ma wątpliwości co do siły sprawczej. Wówczas posługiwałem się przykładem losów mojego ojca, który trafił początkowo do niewoli sowieckiej i był świadkiem selekcji polskich oficerów, którzy dziś spoczywają w katyńskim lesie. Nie mogłem zaprzeczać prawdzie. {akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Nie brakowało wówczas w Szczytnie tzw. „plecaków” - synów oficerów wojska, milicji, działaczy partyjnych itp. wychowanych w duchu komunistycznym, wrogości do Kościoła. Źrenice się tym studentom rozwierały, cichli i z uwagą słuchali mojej narracji. Miałem zajęcia zawsze na pierwszym roku, ale nawet studenci z trzeciego roku kłaniali mi się z kilometra w mieście, pełni szacunku do mnie.
NA DYWANIKU U PUŁKOWNIKA
Było nas kilku wykładowców o zbliżonych do moich poglądach. Spotykaliśmy się nieraz na kawie i nie szczędziliśmy swojego krytycyzmu wobec komuny. Chętnie słuchali naszych wywodów bezpośredni przełożeni. Muszę powiedzieć, że mój przełożony płk Karwacki miał do mnie stosunek ojcowski, lubił mnie i niemal codziennie przychodził na kawę. Kiedy w szkole utworzono stanowisko zastępcy komendanta do spraw polityczno – wychowawczych, zwrócono Karwackiemu uwagę, żeby mnie poskromił za poglądy niezgodne z obowiązującą linią partii. Spodziewałem się tego już wcześniej, ale mój szef był tolerancyjny, pełen wyrozumiałości politycznej.
Pewnego razu płk Karwacki zaprosił mnie do siebie na kawę. Rozmawialiśmy o różnych sprawach, ale w pewnym momencie powiedział, żebym czasami przemyślał niektóre wypowiadane racje. Natychmiast zrozumiałem o co chodzi i nie ustosunkowałem się do jego sugestii. Zdałem sobie sprawę, że został przymuszony do tego przez przełożonych. Moje poglądy nigdy nie uległy zmianie, były wypowiadane wprost i nikt mnie później już nie wzywał „na dywanik”. W szkole milicyjnej, a potem policyjnej w Szczytnie spędziłem 29 lat i 9 miesięcy, odchodząc w 2002 r. na emeryturę. Pracowałem wśród różnych wykładowców. Niektórzy byli polityczni, ale nie brakowało, zwłaszcza wśród młodszych, mądrych ludzi, od których nauczyłem się wiele dobrego.
Ponieważ zbliżała się emerytura, a miałem zrobiony doktorat, upoważniało mnie to do podjęcia pracy na innych uczelniach.
Cdn.
Tadeusz Frączek{/akeebasubs}
