Na co dzień pracownik Urzędu Gminy, w weekendy kitesurfer. Marcin Gołąb ma nietypowe, wodne hobby. Latawiec i deska to poza rodziną jego największa miłość.
Z KOLEGĄ NAD WODĘ
Marcin Gołąb jest informatykiem w szczycieńskim Urzędzie Gminy. Prowadzi również własną firmę w postaci sali zabaw dla dzieci, co pochłania mu sporo czasu w ciągu tygodnia. W weekendy więc wypoczywa w dość nietypowy sposób. Wszystko zaczęło się w 2005 roku. – Pracując wtedy w sklepie komputerowym, poznałem kolegę. Wpadliśmy na pomysł wyjeżdżania w weekendy nad wodę, by wypoczywać aktywnie. Kupiliśmy sobie stare, wysłużone deski do windsurfingu, chcąc spróbować swoich sił na okolicznych jeziorach – opowiada. Głównie jeździli na Warchały, bo to akwen najbardziej przygotowany do nauki windsurfingu. - Dość płytka woda powoduje, że jest tam bardzo bezpiecznie jeśli chodzi o naukę pływania jakimkolwiek sprzętem – opisuje. Ani on, ani jego kolega Ryszard nie mieli jednak żadnego nauczyciela od windsurfingu. – Jesteśmy samoukami – śmieje się nasz bohater. – Czasami podpatrywaliśmy jakieś filmiki w Internecie i stamtąd czerpaliśmy wiedzę – dodaje.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
MORSKA PRZYGODA
Deski, na których wtedy pływał, nie nadawały się jednak na dłuższą metę. – Były za długie, musiałem więc zainwestować w krótsze, bardziej profesjonalne. – opowiada Od 2006 roku zaczął wypływać w morze, by łapać przysłowiowy wiatr w żagle. – Wraz z Ryśkiem chcieliśmy się przekonać jak to jest. Niestety pierwsza taka przygoda nie była ciekawa – wspomina. Panowie zabrali
zbyt duże żagle do swoich desek. – Dostaliśmy potężnego klapsa od fal – wraca pamięcią do tego wydarzenia. – Tak naprawdę nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy z czym się mierzymy – dodaje. Na szczęście po zakupie mniejszych żagli i jeszcze mniejszych desek, spróbowali ponownie i nic złego się nie wydarzyło. Pływali głównie w Karwi i Łebie.
ZMIANA DYSCYPLINY
Przełomowy był rok 2013. Wtedy zdecydował się na zmianę żagla na specjalny latawiec. Tak zaczął uprawiać kitesurfing (kite – po ang. latawiec). To dziedzina, w której ważne jest towarzystwo. Trzeba sobie nawzajem pomagać. - Jeżeli widzimy, że komuś coś się stało, czy ma problem ze sprzętem lub ogólnie nie daje rady, podchodzimy i pomagamy – mówi. – Nawet żona raz mi asystowała przy startowaniu a potem lądowaniu. Niestety nie daje się zarazić tym sportem. Uważa go za zbyt ekstremalny, a szkoda – ubolewa. Syna Marcela zamierza jednak w tym roku przewieźć na swoim latawcu wodnym, by ten również poczuł trochę adrenaliny i prędkości.
KONTUZJA
Kitesurfing to nie tylko adrenalina, to czasem także wypadki. Rok temu na wodzie doznał kontuzji kolana. W nadmorskich Rowach wiał bardzo silny wiatr, czyli panowały idealne warunki dla kitesurfera. A on, zamiast przed wypłynięciem na wodę rozgrzać się jak zwykle, wziął swój sprzęt i ruszył na żywioł. Na drugiej czy trzeciej fali, po wyskoku i lądowaniu podwiało mu deskę i noga wygięła się nienaturalnie w bok. Zerwał więzadło. Przeszedł kilka operacji i od lutego tego roku noga jest już zdrowa. Ten wypadek nie zniechęcił go jednak do planowania kolejnych wypadów nad morze. – To adrenalina nie do opisania i właśnie o to chodzi tak naprawdę w tym sporcie. To również poczucie wolności, totalne odstresowanie i wyluzowanie. Na falach zapominam o wszystkim – podsumowuje.
Karolina Justyna Kukowska{/akeebasubs}
