Faux-pas (czytaj fo pa) w języku francuskim oznacza potknięcie. Określenie to przyjęto na całym świecie, jako synonim gafy, niezręczności, skandaliku.

Takie faux-pas często bywają zabawne, a nawet zyskują międzynarodową sławę, jeśli dotyczą osób powszechnie znanych. Szczególnie polityków. Pozwolę sobie dzisiaj przypomnieć kilka słynnych, światowych wpadek, a także takich mniej słynnych, które znam z autopsji. Niegdyś, bardzo wiele lat temu, jako młody chłopak, bardzo niezręcznie skomplementowałem, na przyjęciu rodzinnym, jedną z zacnych, leciwych ciotek. Trochę w takim stylu, jak w kabarecie „Ucho prezesa” pokazano wątpliwe komplementy ministra Waszczykowskiego, skierowane do pani Basi. Otóż reagując na mój wybryk, jedna z kuzynek nazwała mnie tłustym fopasem. To rodzinne przezwisko prześladowało mnie przez całe lata.

Pośród kilku znanych, światowych gaf, z kręgów politycznych elit, sporo dotyczy nieporozumień wynikających z nieudolnego tłumaczenia. Jedna z najbardziej znanych związana jest z Polską, a konkretnie z wizytą prezydenta USA Jimmy’ego Cartera, którego w roku 1977 podejmował Edward Gierek.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *}  Carter przyleciał z własnym tłumaczem. Kiedy prezydent USA w swoim przemówieniu powiedział, że pragnie poznać pragnienia Polaków, naród usłyszał, że Carter namiętnie pragnie Polaków. Następnego dnia, w amerykańskim TIME, na skutek dalszych nieporozumień językowych, napisano, że Carter powiedział, iż cieszy się mogąc chwycić Polaków za... (części intymne). Tłumacz, który towarzyszył Carterowi popełnił jeszcze cały szereg gaf podczas owej wizyty. Był potomkiem polskich emigrantów „za chlebem” i co prawda mówił po polsku, ale posługiwał się składnią rosyjską - pozostałość po czasach zaborów. Używał także idiomów polskich, ale zrozumiałych raczej w roku 1877, a nie sto lat później. Następnego dnia po tej wizycie, polskojęzyczny tłumacz prezydenta USA podobno stracił pracę. Przy okazji osobista dygresja na temat moich doświadczeń z polskimi emigrantami w Chicago. Byłem tam trzy lata wcześniej niż Jimmy Carter w Polsce. Realizowałem polską wystawę w chicagowskim muzeum. Do pomocy w pracach fizycznych przydzielono mi sympatyczną grupę miejscowych robotników. Polskich górali. Kiedy ich szef przywitał się ze mną po polsku i rozpoczął rozmowę zrozumiałem bardzo niewiele. Między nami był taki mniej więcej kontakt, jakbym rozmawiał z Czechem. Ja po polsku, on po czesku. Mój majster mówił wprawdzie góralską gwarą, ale taką sprzed dziesięcioleci, a do tego przedziwnie zamerykanizowaną. W końcu musieliśmy porozumiewać się po angielsku, choć zarówno ja jak i mój góral ów obcy język znaliśmy raczej słabo.

Co do tłumaczy, tych z najwyższej półki, bywa różnie. W Polsce, w latach siedemdziesiątych jednym z najlepszych kabinowych tłumaczy z języka francuskiego był mój przyjaciel Andrzej Woyciechowski. Nieżyjący już późniejszy twórca radia ZET. Kiedyś poproszono go do Ministerstwa Kultury i Sztuki, aby tłumaczył wystąpienie ówczesnego ministra kultury Lucjana Motyki. Było to jakieś międzynarodowe spotkanie artystów. Pośród zaproszonych byli Wietnamczycy, a także Amerykanie. W tym czasie trwała wojna w Wietnamie. Minister Motyka, podczas powitania, popełnił jakąś straszliwą gafę wobec Wietnamczyków, mówiąc o obu walczących narodach. Delegacji z Wietnamu słowa ministra tłumaczył Andrzej Woyciechowski, bowiem ich językiem był francuski (do roku 1954 Wietnam należał do francuskich Indochin). Andrzej błyskawicznie zauważył poważny nietakt i zażegnał konflikt, mówiąc zupełnie coś innego niż minister. Tu warto dodać, że już następnego dnia Lucjan Motyka, którego poinformowano o całej sprawie, zadzwonił do Woyciechowskiego z osobistym podziękowaniem.

Teraz anegdotka z udziałem angielskiego arystokraty, czyli księcia Filipa, męża Królowej Elżbiety II. W roku 2002 odwiedził on Australię. Podczas spotkania z najważniejszymi, miejscowymi biznesmenami zapytał, ni stąd ni zowąd, czy Aborygeni nadal rzucają w siebie włóczniami. A pytanie skierował do prominentnego, australijskiego przedsiębiorcy Williama Brima, zupełnie nie zdając sobie sprawy, że ów niezwykle bogaty decydent jest z pochodzenia czystej krwi Aborygenem.

To jeszcze wróćmy do Polski. Najwięcej anegdot na temat gaf opowiada się o prezydenturze Bronisława Komorowskiego. Są one bardzo różne. Jedna z nich należy do tych, gdzie zawinił tłumacz. W tym wypadku tłumaczka. Podczas wizyty w Polsce prezydenta Obamy, Bronisław Komorowski użył następującego sformułowania: bo z Polską to jest, panie prezydencie jak z małżeństwem. Swojej żonie trzeba ufać, ale także trzeba sprawdzić, czy jest wierna. Tłumaczka zamiast „swojej żonie” powiedziała „pana żonie”. Wyszło mocno po chamsku.

Aktualnych wypowiedzi polityków nie będę cytował pod kątem ich niezręczności. Za dużo przykładów jak na jeden felieton. Zatem dla tych współczesnych, roznamiętnionych oratorów mam, na zakończenie, powiedzenie Winstona Churchilla: Dyplomata to człowiek, który dwukrotnie zastanowi się zanim nic nie powie.

Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}