Znów ogarnęły mnie wspomnienia i oto zdałem sobie sprawę, jakże świat zmienił się podczas mojego życia. To, że powstały nowe technologie oraz rewolucyjne wynalazki, jak choćby magnetofon, video, a także komputer plus internet, jest czymś oczywistym. Wszyscy mamy tego świadomość.

Ale mnie zaciekawiło co innego. Odwrotna strona medalu. Czyli ileż to dotychczas niezbędnych przedmiotów poszło w zapomnienie. Także jak wiele ważnych dotychczas zawodów przemija, bo przestają być użyteczne.

Przypominam sobie, jak to pod koniec lat osiemdziesiątych, moja córka, wówczas uczennica podstawówki, znalazła u mnie na biurku temperówkę. Taką z płaskich, zaokrąglonych w narożach cienkich płytek, między które należało wsunąć żyletkę. Kiedy ta stępiła się, wkładano nową. Basia wzięła owo narzędzie do ręki i zaczęła zastanawiać się, do czego to może służyć. Kiedy pokazałem jej, że czymś takim ostrzę ołówki, zdumiało ją to niezwykle. Dla niej temperówka, to była taka kosteczka z otworem, do którego wkładało się ołówek, a tymże należało kręcić. Żyletka wydawała jej się straszliwym prymitywem. W dodatku groźnym. Swoją drogą ciekaw jestem, czy jakikolwiek dzieciak, nawet taki mocno starszy, wiedziałby dzisiaj, do czego służyła płytka z żyletką. Ta staromodna temperówka, to rzeczywiście z wyglądu nieco dziwoląg. Ale wspomnę jeszcze ówczesne pióra - obsadki ze stalówką - jakimi pisaliśmy w podstawowej szkole. Oczywiście maczając końcówkę w kałamarzu z atramentem. Tu warto przypomnieć, że wówczas produkowano metalowe stalówki o różnych kształtach. Miały one swoje nazwy. Na przykład „serek”, który pisał bardzo cieniutko, albo masywniejszy „krzyżyk”. Było jeszcze kilka takich odmian. Uczniowie mogli sami sobie wybierać, jaka stalówka bardziej im „leży”. Oczywiście znano już wówczas pióro wieczne, ale było ono absolutnie zakazane dla uczniów, ponieważ ponoć szkodziło w prawidłowym wyćwiczeniu charakteru pisma. Kiedy wynaleziono tak zwane pióra kulkowe, czyli długopisy, a chodziłem już do liceum, to ich używanie także było początkowo zakazane. Chyba gdzieś tak dopiero pod koniec mojej nauki stały się dozwolone. Tutaj przypomnę, że owe pisadełka były dość kosztowne, toteż nie mogły być jednorazowe. Istniały zatem liczne punkty nabijania świeżym tuszem wypisanych egzemplarzy.

Zostawmy, póki co, ten zabytkowy sprzęt. Jeśli starczy miejsca, to mam jeszcze kilka zabawnych przedmiotów do opisania. Ale teraz, zgodnie z tytułem felietonu, kilka słów o zapomnianych zawodach. Na przykład taki pucybut. {akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *} Kto to jest i na czym polega jego praca, to głównie wiemy z amerykańskich filmów. Często jego profesję filmowano, bowiem był zawsze synonimem amerykańskiej kariery (od pucybuta do milionera). Dzisiaj można czasem natknąć się na ów relikt przeszłości, ale nie na ulicy, tylko w luksusowych hotelach. No dobrze. A kto wie, kim był niegdysiejszy fordanser? Otóż w luksusowych lokalach z dancingiem (np. ADRIA w Warszawie) pracowali przystojni, świetnie ubrani młodzi ludzie, których panie, te co przyszły do lokalu bez partnera, albo z leniwym mężem, mogły, za opłatą, wynająć. Do tańca. Fordanser, czyli żigolo, po ustaleniu cen i wybranych melodii, na oczach gawiedzi podchodził do stolika damy i prosił ją do tańca. Wspominając nieco zaskakujące dzisiaj dawne zawody, można jeszcze wymienić stacza kolejkowego. To całkiem młody zawód, który powstał w latach solidarnościowych i stanu wojennego. Wówczas, aby cokolwiek mądrego kupić, trzeba było odstać w solidnej kolejce czasem nie tylko godziny, ale i noce. Wówczas potencjalni nabywcy, ci zamożniejsi, wynajmowali owych staczy, którzy, za konkretne pieniądze, zastępowali swoich „dobrodziei” w kolejce. Pośród niemal wymarłych zawodów można jeszcze wymienić, na przykład, zduna, garncarza, introligatora, czy zecera. No, ale tu nie ma czego wyjaśniać, bo jest to ogólnie znana oczywistość.

Zatem jeszcze kilka słów o zapomnianych przedmiotach. Na przykład brzytwa. Czy ktoś jeszcze tego używa? A prawidła do butów? Aczkolwiek poznałem pewnego sympatycznego, a zarazem dostojnego kelnera w jednej z warszawskich, luksusowych restauracji. Starszego pana. Tenże swoje kelnerskie półbuty zawsze zostawiał na noc, na prawidłach, co niebywale rozbawiało jego młodszych kolegów.

Kończy się moja strona, zatem nie napiszę o cerowaniu skarpetek, albo też o męskich. podwiązkach, z czasów, kiedy nie były one jeszcze elastyczne. Sądzę, że moi czytelnicy potrafiliby przytoczyć dużo więcej podobnych przykładów. Ucieszyłbym się z ewentualnych komentarzy i podpowiedzi.

P.S. Piszę rutynowo o różnych zabawnych dyrdymałkach. Tymczasem na świecie i to tuż obok nas trwa straszliwa wojna. Zatem trochę mi głupio tak błaznować. Dotychczas nie byłem wielbicielem Ukraińców. Ale dzisiaj czuję się ukrainofilem. Chwała im!

Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}