Rozmowa z Romualdem Kaczmarczykiem, przewodniczącym Rady Gminy Rozogi
- Co Pana podkusiło, żeby wyjść z inicjatywą, aby debiutującemu na stanowisku wójta Grzegorzowi Kaczmarczykowi przyznać maksymalne wynagrodzenie?
- Taka propozycja zapadła po naradzie w naszej grupie radnych. Odnieśliśmy się do dzisiejszych realiów, przyjmując, że nie będziemy już wracać do tematu w tej kadencji.
- Tylko, czy przypadkiem nie wyrządziliście wójtowi niedźwiedziej przysługi. Społeczeństwo według docierających do nas sygnałów niezbyt przychylnie przyjęło tę decyzję. I pewnie długo jeszcze będzie pamiętać i przypominać, gdy nadarzy się do tego okazja. W Szczytnie i Dźwierzutach, dano nowym włodarzom szansę na wykazanie się w działaniu, by później podnieść im wynagrodzenie. Wam chyba zabrakło wyobraźni?{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
- To były decyzje tamtych rad, my postanowiliśmy inaczej. Czas pokaże kto miał rację. Odkąd pamiętam zarobki wójta zawsze budziły kontrowersje, niezależnie od tego czy miał dostać 5, 8 czy 10 tysięcy. Zawsze było za dużo.
- Ale w tym przypadku poszczególne stawki są maksymalne.
- Tak zadecydowaliśmy i uważam, że słusznie.
WŁADZA ODERWAŁA SIĘ OD SPOŁECZEŃSTWA
- Jest Pan jednym z najstarszych stażem samorządowców w Radzie Gminy Rozogi. Czym się pan zajmuje na co dzień?
- Jestem pracownikiem jednego ze sklepów w Myszyńcu. Posiadam też gospodarstwo rolne, ale oddane w dzierżawę. Jeśli chodzi o rodzinę, to od 33 lat jestem razem ze swoją małżonką Bożeną, z którą mamy dwoje dorosłych dzieci i dwóch wnuków, z czego jestem bardzo dumny i szczęśliwy.
- Mandat radnego zdobył Pan już po raz trzeci.
- Tak. Debiutowałem w jej składzie w 2002 roku, pełniąc funkcję wiceprzewodniczącego rady.
- W tym czasie pojawiła się inicjatywa oderwania od gminy Rozogi i powiatu szczycieńskiego Dąbrów i Antonii i przyłączenia ich do powiatu ostrołęckiego. Pan się temu aktywnie sprzeciwiał.
- Nie żałuję swojej wówczas postawy. Dobrze, że do odłączenia obu miejscowości nie doszło.
- Nosi Pan to samo nazwisko co wójt. Łączą was może jakieś koligacje rodzinne?
- Nie. To tylko zbieżność nazwisk. W Dąbrowach, gdzie mieszkam, wiele rodzin ma takie właśnie nazwisko. I nie wszystkich łączą więzy rodzinne. Żeby wiedzieć o kogo chodzi nadajemy sobie przezwiska wioskowe.
PRÓŻNO SZUKAĆ LEPSZEGO WÓJTA
- Przegrana wójta Kudrzyckiego jest jedną z największych sensacji tegorocznych wyborów samorządowych w naszym powiecie. Co o tym zadecydowało?
- Przyszło mu się zmierzyć z młodszym rywalem, bardzo aktywnym radnym w minionej kadencji. Miałem z wieloma ludźmi do czynienia, ale tak dobrze zorientowanego jak on w problemach naszej gminy próżno szukać. Myślę, że ta jego młodzieńcza werwa pociągnęła wyborców, a my idąc z nim razem przy okazji też zdobyliśmy od nich mandat zaufania. Ludzie mieli też poczucie, że władza oderwała się od społeczeństwa.
- Co ma Pan na myśli?
- Przez 9 lat rządów poprzedniego wójta docierały do nas szczątkowe informacje o tym jakie przetargi są planowane i jakie są rozstrzygnięcia. To sprawiało wrażenie, jak by władza chciała coś przed ludźmi ukryć. Dopiero w ostatnich dwóch tygodniach przed wyborami aktywność wójta w tym zakresie niezwykle wzrosła. Wiedzieliśmy już która oferta zajęła pierwsza, drugie czy trzecie miejsce. Zaczęły się pojawiać wszystkie plany i zamierzenia.
- Jakie największe wyzwania stoją dziś przed Radą Gminy, którą będzie pan kierował w rozpoczętej właśnie kadencji?
- Żeby wszystko wróciło na właściwe tory. Żeby zaprzestać kłótni i waśni, bo to niczemu dobremu nie służy.
Rozmawiał
Andrzej Olszewski{/akeebasubs}
