Upał. Sobotę i niedzielę spędzam na ratuszowej wieży. Przez okienka przyglądam się Festiwalowi Food Trucków, czyli tłumacząc obce słowa na język polski - Festiwal Barobusów. Historycznie rzecz biorąc tradycyjne, rodzime barobusy oferowały na ogół bigos, albo fasolkę po bretońsku.

Żaroodporni
Charakterystyczny food truck, czyli współczesny barowóz

Natomiast te współczesne proponują światowe hity uproszczonego posiłku. Zatem szczycieński, weekendowy festiwal nazwano „Kulinarna podróż dookoła świata”. Jest w tej nazwie sporo przesady, ale, ogólnie rzecz biorąc, podoba mi się tego rodzaju wakacyjna propozycja. Patrzyłem z góry na tłumy turystów, bo też nareszcie pojawili się w Szczytnie przyjezdni urlopowicze. Nieco im zazdrościłem, ponieważ lubię niektóre z oferowanych, w tak zwanych fast foodach, potrawy. Postanowiłem zatem, że zaraz po zakończeniu dyżuru na wieży zejdę na plac Juranda i popróbuję światowych smakołyków. Tak też zrobiłem. To znaczy zszedłem na dół, bowiem z degustacją jakoś mi nie wyszło. Ten koszmarny upał i oślepiające słońce nijak nie sprzyjały jakiejkolwiek konsumpcji. Chyba że lodów. Nie jestem żaroodporny, toteż w takiej upalnej atmosferze całkowicie straciłem apetyt. Zauważyłem przy tym, że nie tylko ja mam ten problem. Większość licznych turystów przechadzała się między barami, ale mało który z nich kupował cokolwiek do zjedzenia. Żal mi było właścicieli owych punktów sprzedaży. Ich nagrzane piecami wnętrza stoisk zapewne przypominały piekło. Diabelska atmosfera, a z zyskiem raczej marnie. Przy ladach żadnych kolejek. Wszystko można nabyć od ręki, tylko że chętnych jakoś nie było widać.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *} 

Planowałem starannie zrecenzować weekendową imprezę, ale w opisanej sytuacji mogę tylko zamieścić kilka uwag. Barowych pojazdów naliczyłem około dwudziestu. Z tego co najmniej cztery oferowały wołowe burgery. Bardzo lubię tę potrawę i przyznam, że w wielu burgerowniach, także poza Polską, konsumowałem ową bułę z wołowym, mielonym kotletem i licznymi dodatkami. Jedne z lepszych burgerów można było, kilka lat temu, zjeść także w Szczytnie, przy ulicy 1 Maja. Niestety właściciele zbankrutowali. To danie nie przyjęło się w naszym mieście, mimo że kosztowało znacznie mniej niż w lokalach Warszawy. Przy tym nie ustępowało jakościowo produkcji renomowanych barów. Ale wracając do Festiwalu Food Trucków. Co prawda tylko popatrzyłem na burgerową produkcję, bez próbowania, ale muszę przyznać, że buły wyglądały świetnie i klasycznie. Gdyby nie ten upał... Co do innych stoisk, to spodobały mi się różnorakie pierożki chińskie i bardzo żałuję, że jednak ich nie spróbowałem. Wreszcie zmusiłem się do zakupu porcyjki belgijskich frytek. Są to frytki smażone na wołowym łoju. W Szczytnie niedostępne. Uwielbiam je. Niby zwykła frytka, ale pachnie zupełnie inaczej. Dobrym mięsem, a nie olejem. No i tu rozczarowałem się. Owszem były to kartofelki z pewnością nie usmażone w oleju, ale też nie w wołowinie. Przypuszczam, że użyto zwykłego, wieprzowego smalcu.

Nie jestem żaroodporny, toteż nie wyszedł mi zamierzony reportaż z letniej, weekendowej imprezy w Szczytnie. Gdyby nie ten upał! Żałuję nie tylko tego, że sobie nie pojadłem, ale także tego, że dzisiaj nie bardzo mam o czym pisać. Zatem całkowicie zmienię temat

Pozwólcie Drodzy Czytelnicy, że cofnę się do wątku sprzed tygodnia. Opisywałem wówczas książkę autorstwa Jana Suzina „Nieźle się zapowiadało”. Jestem wciąż pod wrażeniem wspomnień pierwszego spikera Telewizji Polskiej. A wcześniej architekta. W poprzednim felietonie przytoczyłem kilka zabawnych anegdotek, zatem dzisiaj jeszcze pewna ciekawostka, ale już nie z gatunku szczególnie figlarnych. Jak przed chwilą napisałem Jan Suzin, zanim wygrał ówczesny casting na spikera, pracował jako architekt. Ze swoim ojcem Leonem Markiem Suzinem, słynnym architektem, wykładowcą akademickim. Obaj panowie projektowali warszawski MDM, a także opracowali projekt odbudowy warszawskiego kościoła garnizonowego przy ulicy Długiej. Później Janem Suzinem zawładnęła telewizja. Ale część swojej książki poświęcił on wspomnieniom z czasów studiów architektonicznych, a także miłości do, ukochanego przez wszystkich polskich architektów, miasteczka Kazimierz nad Wisłą. Ukończyłem tę samą uczelnię, zatem oczywiście znam doskonale Kazimierz. Tam zresztą, w Domu Architekta, poznałem niegdyś pana Jana. Natomiast zaciekawił mnie książkowy opis kolegi Suzina, przyjaciela ze studiów, przezywanego Stanleyem. Nazywał się Stanisław Staszewski. Tenże, oprócz ewidentnych uzdolnień architektonicznych, był równolegle fenomenem muzycznym. Potrafiącym zagrać na każdym instrumencie. Także komponującym piosenki i piszącym do nich teksty. Jan Suzin wspomina, jak to obaj panowie, przez wiele lat, spotykali się w Kazimierzu nad Wisłą, a także sugeruje, że nie przypadkiem syn jego przyjaciela otrzymał na imię Kazimierz. Mowa oczywiście o Kazimierzu Staszewskim, popularnym dzisiaj piosenkarzu, czyli Kaziku. Zapewne moi czytelnicy pamiętają koncerty młodego Staszewskiego z cyklu piosenki taty Kazika.

Choć jest już niedzielne, późne popołudnie upał wciąż trzyma. A ja nie jestem żaroodporny, zatem na dzisiaj wystarczy. Dziękuję czytelnikom za wytrwałość.

Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}