W miniony piątek w autobusie relacji Rozogi – Szczytno zasłabł 18-letni mieszkaniec Klonu. Pierwszej pomocy udzielały mu najpierw osoby postronne, a potem strażacy. Dopiero na końcu przyjechała karetka pogotowia, ale lekarz stwierdził zgon. Według świadków, na przybycie zespołu ratownictwa medycznego trzeba było czekać ponad pół godziny.
W piątek 27 września w autobusie relacji Rozogi – Szczytno zasłabł 18-letni Dominik z Klonu. Zdarzenie miało miejsce w Szczytnie na ul. Ostrołęckiej. Jako pierwsze na ratunek pospieszyły chłopakowi osoby postronne, które zaczęły mu udzielać pierwszej pomocy. Karetka pogotowia, jak twierdzą świadkowie zdarzenia, przyjechała aż ze Spychowa dopiero po upływie ponad pół godziny.
{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Wcześniej na miejsce dotarli szczycieńscy strażacy, którzy podjęli próbę ratowania 18-latka. Przybyły w końcu lekarz stwierdził jednak zgon. Czy gdyby pomoc medyczna była szybsza, Dominika udałoby się uratować? Dyrektor Szpitala Powiatowego w Szczytnie Beata Kostrzewa zaprzecza, by karetka przyjechała aż ze Spychowa.Zapewnia też, że reakcja była natychmiastowa. - Pojechała tam nasza „eska” ze Szczytna. Wezwanie otrzymaliśmy o godzinie 12.12, wyjazd nastąpił minutę później, a o 12.18 zespół ratownictwa był już na miejscu – mówi, powołując się na kartę wyjazdową przekazaną jej przez Centrum Powiadamiania Ratunkowego w Olsztynie.
Tymczasem z dokumentacji sporządzonej przez strażaków wynika, że czas oczekiwania na karetkę rzeczywiście był tak długi, jak mówią świadkowie. Różnica między wpłynięciem zgłoszenia do straży i pogotowia sięga prawie pół godziny. - Zgłoszenie otrzymaliśmy o godzinie 11.43 – informuje mł. bryg. Jacek Matejko, oficer prasowy KP PSP w Szczytnie. Dodaje, że z uwagi na brak karetki w Szczytnie zadysponowano ambulans ze Spychowa. To, że przyjechał on późno, potwierdzają pracownicy stacji benzynowej, obok której zatrzymał się autobus z nieprzytomnym chłopakiem. - Jako pierwsi reanimowali go strażacy – relacjonuje jeden z pracowników. W opinii świadków, taka sytuacja jest karygodna. - Gdyby do zdarzenia doszło na jakimś odludziu, można by to jeszcze zrozumieć, ale jak to możliwe, żeby w liczącym prawie 25 tysięcy mieszkańców mieście nie było na czas karetki? – zastanawia się jeden z nich.
(ew)
{/akeebasubs}
