Kontynuujemy cykl tekstów poświęconych Zbigniewowi Dobkowskiemu, obecnemu prezesowi szczycieńskiego KSR TKKF, organizatorowi wielu imprez dla dużych i małych, byłemu sędziemu piłkarskiemu, wcześniej – czynnemu zawodnikowi. Dziś w skrócie o 25 latach w roli futbolowego arbitra.
Sportowy wizerunek Zbigniewa Dobkowskiego byłby niewątpliwie mocno niekompletny, gdyby pominąć jego karierę sędziego piłki nożnej. Na kurs zapisał się w roku 1988, a namówił go do tego znajomy sędzia Antoni Zabłotny. Tajniki poznawał wspólnie z Piotrem Klimaszewskim, kolegą jeszcze z czasów szkolnych, z którym kilkanaście lat wcześniej pojechali razem na Górny Śląsk do szkoły górniczej. Egzaminy zostały zdane i w roku 1989 roku zaczął pojawiać się na boisku w roli arbitra. – Pierwsze mecze prowadziłem jako sędzia próbny, czyli taki, którego przez ileś meczów obserwowano, a na koniec poddano specjalnemu egzaminowi, a wkrótce jako sędzia klasy B – mówi Zbigniew Dobkowski.
Zaczęło się od spotkania w Dobrym Lasku niedaleko Piecek, gdzie występował rozwiązany już zespół Darz Boru.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
- Pierwszy poważny jubileusz – 500 meczów – obchodziłem w lutym 1994 r. Otrzymałem dyplom z autografem m.in. Alojzego Jarguza – wspomina nasz rozmówca.
Z matematycznego punktu widzenia liczba 500 po 5 latach sędziowania może wydawać się bardzo duża, jeśli pod uwagę wziąć fakt, że Zbigniew Dobkowski prowadził mecze w klasach A i B, młodzieżowe oraz sparingi, a liga nie trwa przecież cały rok. Związek do sumy spotkań doliczał także trwające krócej mecze w ramach halowej ligi TKKF.
- Dyplom za 2000 zawodów otrzymałem w lutym 1999 r. - kontynuuje Zbigniew Dobkowski. Licznik zatrzymał się na liczbie 2750. Było to w lipcu 2015, gdy nasz rozmówca prowadził ostatnie spotkanie w karierze, a wiązało się to z osiągnięciem wieku sędziowskiej emerytury.
Przez ćwierć wieku na boiskach zdarzały się różne sytuacje. Lał deszcz, padał śnieg, bywało skwarno, a czasem z powodu bardzo niesprzyjających warunków spotkanie trzeba było przerwać. Zbigniew Dobkowski należał do dość łagodnych arbitrów, ale niekiedy musiał ostrzej wkraczać do akcji.
- Kiedyś pokaza łem siedem czy osiem kartek, z tego trzy albo cztery kartki czerwone – wspomina. – Podczas prowadzenia meczów najbardziej lubiłem harmonię gry, składność akcji, grę fair i to, by sędzia był tylko obserwatorem, a nie tym, który wręcza kartki.
Nasz rozmówca należy do osób niezmotoryzowanych. Na mecze dojeżdżał w różny sposób, często korzystając z komunikacji publicznej. Zdarzało się i tak, że dojazdu do miejscowości docelowej nie było, a mecz trzeba było poprowadzić. Pozostawały wtedy… własne nogi. Pan Zbyszek wysiadał z autobusu lub pociągu i… szedł. Bywało, że kilkanaście kilometrów. Pod uwagę trzeba wziąć fakt, że jeszcze dwadzieścia parę lat temu z Internetu u nas raczej nie korzystano, a dodzwonienie się do każdego (komórki zaczęły się u nas upowszechniać w drugiej połowie lat 90.) nie było sprawą łatwą. Niekiedy w soboty czy niedziele wyjeżdżał wcześnie rano, a wracał pod wieczór.
Jak wspomnieliśmy, Zbigniew Dobkowski prowadził nie tylko rozgrywki ligowe. Sędziował turnieje halówki TKKF (dla młodszych i starszych), na orlikach i pełnowymiarowych boiskach. Pamiętają go uczestnicy popularnej kiedyś u nas Sadidy czy turniejów leśników w Lipniku. W 2014 r. naszemu rozmówcy zdarzyło się nawet sędziować trochę nostalgiczne dla niego Barbórkowe Górniczo-Hutnicze Mistrzostwa Polski w Halowej Piłce Nożnej, które odbyły się w… Szczytnie.
(gp)
(Cdn.){/akeebasubs}
