Sezon grzybowy teoretycznie skończył się już ze trzy miesiące temu, a nowy – dopiero przed nami, ale…

Ostatnio na ryby, co zimą dziwne wcale nie jest, wybrał się nasz czytelnik, pan Tadeusz Rogalski mieszkający w Dąbrowie niedaleko Dźwierzut. Gdy przechodził przez teren bagienny, by dostać się nad jezioro, w którym można złowić nawet sporych rozmiarów sumy, nag le zadziwił go pewien widok. - Patrzę, coś rośnie na drzewie. Huba, nie huba? - zastanawiał się pan Tadeusz. Gdy dokładniej się przyjrzał gromadzie znajdujących się na drzewie okazów, stwierdził, że to smakowite boczniaki. Nasz rozmówca zbierał te grzyby już wcześniej, ale nigdy zimą. Jak mówi, także kiedyś nie musiał po nie wyprawiać się do lasu, tylko ścinał je z rosnących przy drogach drzew. Zimową eskapadę na ryby przerwał – nastąpiła po prostu zmiana menu obiadowego. Pan Tadeusz wrócił do domu z kilkunastoma mięsistymi okazami boczniaków (fot. 1). Zostały z nich zrobione pyszne grzybowe flaczki, a potrawy mogła skosztować również żona naszego rozmówcy – zapalona grzybiarka. {akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Zimowe grzybobrania nie są tak do końca czynnością z gatunku mission impossible. W naturze występują w Polsce styczniowe czy lutowe odmiany grzybów jadalnych mających nawet odpowiednie nazwy (zimówka aksamitnotrzonowa znana także jako płomiennica zimowa). Do smacznych gatunków owocujących również zimą należą wspomniane boczniaki, a zwłaszcza ich najpopularniejszy chyba gatunek, czyli boczniak ostrygowaty. Rosną one w naturze na żywych bądź obumarłych drzewach (fot. 2) . To grzyby będące praktycznie przez cały rok w obrocie handlowym – należą bowiem (wraz z odmianami pokrewnymi) do grzybów hodowlanych. No, ale boczniaki pochodzące z własnego zbioru to coś zupełnie innego.
Choć w powszechnym mniemaniu grzyby mają w zasadzie tylko wartości smakowe, a innych korzyści z ich konsumpcji wskażemy pozornie niewiele (nie jest to do końca prawdą), to właśnie boczniaki zawierają składniki obniżające poziom cholesterolu i cukru oraz działające antynowotworowo. Grzyby te uprawiać można na słomie, wyrastają także na... fusach z kawy. Naukowcy z Meksyku odkryli, że boczniaki są przydatne do przyspieszenia procesu rozkładu jednorazowych pieluch, trwającego zazwyczaj… kilkaset lat. Hodowany na pieluchach boczniak może ten proces przyspieszyć do… paru miesięcy. Zakładamy, że te akurat te pożyteczne boczniaki nie służą potem do celów konsumpcyjnych…
PATRZMY POD NOGI

- Patrz, jak idziesz – to uwaga, którą w nie zawsze sympatyczny sposób mogą kierować rodzice do rozkojarzonych dzieci czy zmotoryzowani do zamyślonych pieszych. Patrzeć pod nogi trzeba niewątpliwie na końcowym odcinku ul. Polskiej w Szczytnie. Ci, którzy podążają tędy codziennie, problem związany z chodnikowymi pułapkami niewątpliwie znają, ale osoby chodzące tamtędy okazjonalnie, powinny się mieć na baczności. Spojrzenie w oczy idącej obok ukochanej czy na własny zegarek lub telefon może skutkować skręceniem nogi w kostce albo upadkiem. W czym rzecz? Ano w tym, że nie zlikwidowano dziur po znakach ustawionych tu podczas niedawnej przebudowy drogi krajowej nr 53. Znaki usunięto, ale rozrastające się tu i ówdzie dołki po wyjętych kostkach polbruku pozostały.
Niebezpieczne dziury rozpoczynają się tuż przed skrzyżowaniem z ul. Krzywą, czego przykładem jest fot. 3. Niemalże rów mieliśmy przez dłuższy czas trochę dalej, w pobliżu ronda, czyli tam, gdzie ostatnio kładziono nowy chodnik (fot. 4). Na szczęście w miniony weekend został załatany.
Niewiele lepiej jest po drugiej stronie ulicy Polskiej. Jeśli pójdziemy tamtędy w kierunku centrum, także napotkamy parę pułapek (fot. 5). Uwiecznienie każdej z nich (po obu stronach jezdni) zajęłoby niemal cały odcinek „Kroniki”, a do zliczenia dziur potrzebne byłyby w zasadzie wszystkie palce u rąk.
ULICA INNEJ KATEGORII

Sezon roztopowy, który właśnie trwa, zachęca do przyjrzenia się stanowi nie tylko chodników, ale i szlaków nazywanych niekiedy zbyt szumnie ulicami. Nie trzeba wielkiej spostrzegawczości, by zobaczyć, że nie brak w naszym mieście miejsc, gdzie patrzeć trzeba również pod koła. Zimowe różnice temperatur przyczyniły się tradycyjnie do powstania ubytków w asfalcie. Dziś jednak o trochę innym problemie. „Kurek” w minionych latach kilkakrotnie pisał o ul. Wańkowicza, biegnącej równolegle do ważnej ul. Konopnickiej. Ul. Wańkowicza pozornie na końcu miasta nie leży, ale jej nawierzchnia wygląda, jakby prowadziła do jakichś zapomnianych zabudowań kolonijnych. Mieszkańcy opisywanej ulicy z zazdrością patrzą na inwestycje przeprowadzane także na ulicach pokrytych asfaltem- może trochę już zużytym, ale jednak asfaltem. Kilka dni temu zrobiliśmy zdjęcie początkowego odcinka wspomnianej ulicy – wykonano je kilkadziesiąt metrów od zjazdu z ul. Kajki (fot. 6).
To właśnie tędy próbują się dostać do przyblokowego parkingu mieszkańcy 3-piętrowego i zarazem aż 8-klatkowego budynku, czyli całkiem spora grupa szczytnian. Część z nich nie ryzykuje i zostawia auto na malutkim wzniesieniu tuż przy drodze mającej według miejskich map status drogi wewnętrznej. Równie ciekawie wygląda wyjazd w stronę centrum (fot. 7). Kierowcy ustawicznie drżą o to, by nie uszkodzić pojazdu. Dyskomfort odczuwają także piesi, narażając się na przemoczenie lub zabłocenie obuwia. Dopiero kawałeczek dalej, na ul. Kajki, zaczyna się cywilizacja (fot. 8). Mieszkańcy ul. Wańkowicza, z którymi rozmawialiśmy, nie mogą zrozumieć, dlaczego na inwestycyjnych listach znajdują się od paru lat ulice mające już przyzwoitą z ich punktu widzenia nawierzchnię, a tu nie można położyć choćby krótkiego odcinka i dopiero czynione są w tym kierunku jakieś powolne przygotowania. Wyrównywanie co pewien czas dołków na niewiele się zdaje, bo jak widać, wkrótce wyglądają one, tak jak wyglądają.
JESZCZE W KWESTII WALENTYNEK

O walentynkach pisaliśmy wprawdzie przed tygodniem, gdy obchodziliśmy owo święto zakochanych, ale do tematu chcielibyśmy wrócić pod trochę innym kątem. Z witryn i tablic ogłoszeń poznikały już rozmaite hasła czy plakaty próbujące nakłonić do zakupu określonych towarów lub do uczestnictwa w walentynkowych imprezach. To, co widzimy na zdjęciach wykonanych w miniony czwartek, pokazuje dość częsty problem z poprawnym gramatycznie zapisem daty dnia zakochanych. Niektórzy, przypominając o owej dacie, zapisują po prostu „14.02” czy „14 II” – i kłopot z głowy. W wielu miejscach nazwa miesiąca zapisywana jest jednak słownie – ale nie zawsze poprawnie. Porównajmy sobie stronę językową form z fot. 9 i fot. 10 wykonanych w centrum Szczytna. Każde dziecko powinno wiedzieć, że przy podawaniu dat pomijamy domyślne „dzień”, stąd jedyną poprawną wersją jest w takim kontekście „lutego”. Czternasty luty w tym stuleciu mieliśmy w roku 2014, ponieważ był to czternasty miesiąc o takiej nazwie, który mogliśmy przeżyć w rozpoczętym w 2001 roku wieku… Problem z odmienianiem nazw miesięcy pojawia się nie tylko przy okazji walentynek, ale praktycznie przy podawaniu jakichkolwiek dat. Już niedługo np. 8 marca, a nie 8 marzec. Na szczęście chyba nikt z nas nie obchodzi „walentynków” i innych „świętów”, bo i takie błędy są teoretycznie możliwe.
Tekst i foto (w większości):
G. P. J. P.{/akeebasubs}
