Zawsze interesował mnie zawód aktora. Wielu z nich poznałem osobiście. Przed laty, będąc stacjonarnym studentem architektury, uczęszczałem także na niektóre zajęcia wydziału aktorskiego warszawskiej PWST. Jako wolny słuchacz. Za zgodą ówczesnej pani dziekan - Zofii Mrozowskiej. Niektóre znajomości z tamtych lat utrzymuję do dzisiaj.
Teatr towarzyszy ludzkości od około 2500 lat, bo od czasu klasycznych Aten, VI wieku p.n.e. Natomiast jego współczesna forma powstała w Europie, na przełomie wieku XIX-XX. Ta przemiana miała wielu ojców. Na przykład Henryka Ibsena, czy Bertolda Brechta, a w Polsce Stanisława Wyspiańskiego. Prawdziwy rozkwit teatru nastąpił po pierwszej wojnie światowej. Wkrótce owej dziedzinie sztuki i rozrywki wyrosła konkurencja, czyli kino.
Nie zamierzam kontynuować historii teatru. Mnie interesują przemiany, jakie zaobserwowałem w świecie aktorskim na przestrzeni ostatnich sześćdziesięciu lat. O wpływie na owe zmiany widowni, czyli odbiorców i krytyków aktorskiego kunsztu. Niewiarygodny postęp techniczny całkowicie nowe technologie, a także zmiany obyczajowe i otwarcie Polski na świat bardzo odmieniły nasze społeczeństwo. Nowe możliwości wywróciły, między innymi, cały dotychczasowy, uświęcony tradycją artystyczny kontakt między twórcą a odbiorcą. I o tym chcę dzisiaj napisać.
Jeszcze na moment cofnijmy się w czasie. Zacznijmy od statusu aktora. Przez wieki „komediant” nie był postacią szanowaną towarzysko. I oto nagle współczesny aktor to, zasługujący na szczególne względy, pożądany gość w każdym domu. Celebryta, a czasem wręcz gwiazda. Jak to się zaczęło? Przypomnijmy dwie pierwsze, światowej sławy, polskie aktorki.
Helena Modrzejewska. W drugiej połowie dziewiętnastego wieku odnosiła teatralne sukcesy w Warszawie oraz Krakowie. W roku 1876 wyemigrowała do Kalifornii. Wkrótce zyskała światową sławę aktorską, jako Helena Modjeska. Pisano o niej wszędzie. A nie znano jeszcze kina. Nieco później zabłysła kolejna gwiazda. Pola Negri, czyli Apolonia Chalupec. Polska aktorka teatralna. W roku 1923 rozpoczęła pracę w Hollywood i wkrótce stała się czołową gwiazdą oraz symbolem seksu niemego kina. Za pośrednictwem filmu poznał ją i uwielbiał cały świat.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Lata międzywojenne w Polsce to okres rozkwitu aktorskiej sztuki. Kręcono świetne filmy, korzystając z umiejętności aktorów teatralnych. W tych początkowych produkcjach jeszcze razi teatralnie, czyli recytatorsko podawany tekst. Wkrótce jednak ci najlepsi wykonawcy opanowali filmowy sposób dialogowania, a także poruszania się pośród kamer. To już były prawdziwe gwiazdy kina: Bodo, Dymsza, Żabczyński, a pośród pań Ćwiklińska, Smosarska, czy Mira Zimińska. Nawet tacy szacowni i poważni mistrzowie ówczesnych teatrów, jak Stefan Jaracz, Juliusz Osterwa, czy Józef Węgrzyn, od czasu do czasu pokazywali się na ekranie. Choć rzadko, bo ich domeną był bliski kontakt z widzami.
W latach powojennych, czyli tych, które obserwuję, z uwagi na urozmaiconą i bogatą ofertę artystyczną, znacznie wzrosło zapotrzebowanie na zawodowych aktorów. Przede wszystkim powstały nowe teatry. W całej Polsce przedwojennej, w 16. miastach, było ich 32. Dzisiaj, tylko w Warszawie, funkcjonuje 13 scen. Poza tym rozpoczęły intensywną produkcję trzy wytwórnie filmowe. W Łodzi, Wrocławiu i Warszawie. Wkrótce zaistniała także telewizja. Teatr nadal pozostał artystyczną świątynią, ale jeśli aktor chciał zyskać prawdziwą sławę, to starał się o rolę kinową lub telewizyjną. Wspominam z rozrzewnieniem filmy z udziałem mistrzów sceny. Prawdziwe, stuprocentowe aktorstwo! Zwłaszcza godzinne filmy telewizyjne, których zasadą było pokazać na ekranie kunszt teatralnych idoli. Szczególnie zapamiętałem dwa filmy Jerzego Antczaka - „Mistrz” oraz „Wystrzał”, z gwiazdą tamtych lat - Ignacym Gogolewskim. Aktorstwo najwyższej próby. Podobnie funkcjonował niezapomniany Teatr Telewizji. W całej Polsce można było zobaczyć warszawskich lub krakowskich mistrzów sceny. Dzisiaj ten rodzaj artystycznej działalności w zasadzie wymiera. Królują seriale, które muszą być tanie w produkcji. Zatem kto by tam angażował prawdziwych artystów? Bo też ile trzeba by im zapłacić? I w ten sposób powstała liczna grupa aktorów serialowych. Ciekawe zjawisko. Są najbardziej rozpoznawalni i popularni, choć niewiele umieją. No, ale tu chodzi o oglądalność, czyli jaki popyt, taka podaż. Rządzą telewidzowie. Trochę lepiej jest w kinie. Dobrzy reżyserzy dbają o obsadę, bo nie tyle zależy im na poklasku gawiedzi, co na festiwalowych nagrodach. Na przykład Wojciech Smarzowski. Chętnie obsadza Mariana Dzięgla, czy Andrzeja Zaborskiego. Słusznie. Świetnymi aktorami grającymi w filmach są także Tomasz Kot (rola Zbigniewa Religi) i Robert Więckiewicz (rola Lecha Wałęsy). O Januszu Gajosie nawet nie wspominam, bo tego rodzaju mistrz, to szczególny rarytas. To tylko kilka przykładów. Pozytywnych. Ogólnie biorąc aktorstwo wiele straciło. Jest to wciąż zawód, ale rzadziej sztuka. Po prostu małe jest dziś zapotrzebowanie na prawdziwy artyzm.
Jest niedziela. Za chwilę będę miał okazję obejrzeć kolejny, powtórkowy odcinek serialu „Alternatywy 4”. Plejada wspaniałych aktorów. Zatem kończę dzisiejszy felieton.
Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}
