Kiedy słyszą pierwszy każdego krzyk nowo narodzonego dziecka, oddychają z ulgą i nierzadko ukradkiem ocierają łzę wzruszenia. Dla kobiet są nie tylko fachową pomocą przy porodzie, ale gdy potrzeba to także psycholożkami, matkami i siostrami. Szczycieńskie położne z długoletnim stażem – Urszula Piskorska i Julia Duda opowiadają, czym dla nich jest cud narodzin.

Anioły cudu narodzin
Urszula Piskorska (z lewej) i Julia Duda w zawodzie położnej odnalazły swoje życiowe powołanie

DZIEJE SIĘ COŚ POZYTYWNEGO

Przyjście na świat małego człowieka to wielkie przeżycie dla każdej z mam. Zawsze towarzyszy mu mieszanka uczuć – od niepewności i strachu po ogromną radość. Z drugiej strony poród to doświadczenie czysto fizjologiczne, pełne bólu, ale też poczucia odarcia z intymności. Dlatego tak ważne jest, aby w takim momencie przy kobiecie był ktoś, kto nie tylko posiada fachową wiedzę medyczną, ale i empatię, delikatność oraz takt. Na pierwszej linii ognia są tu zawsze położne. To one towarzyszą młodym mamom jeszcze przed rozwiązaniem, w trakcie porodu, ale też wdrażają je w tajniki macierzyństwa już po wyjściu z dzieckiem ze szpitala. Bycie położną to rodzaj powołania. Julia Duda, która w tym zawodzie pracuje już dwudziesty trzeci rok, mówi, że zawsze chciała go wykonywać. - Początkowo myślałam o pielęgniarstwie, ale potem doszłam do wniosku, że wolę mieć do czynienia z kobietami i dziećmi. Do bycia położną skłoniło mnie to, że tej pracy towarzyszy radość z tego, że dzieje się coś pozytywnego – mówi pani Julia.

Jej koleżanka Urszula Piskorska na początku grudnia obchodziła 30-lecie pracy zawodowej, ale, jak zapewnia, nie czuje w sobie żadnego wypalenia, a wręcz przeciwnie. Zdradza, że do zostania położną namówiła ją koleżanka. - Praca z młodymi kobietami sprawia, że ciągle czuję się młoda – zwierza się pani Urszula. O tym, że nie wystarcza im praca na oddziale położniczo – noworodkowym szczycieńskiego szpitala oraz wizyty patronażowe u młodych mam, świadczy to, że kilka miesięcy temu reaktywowały w Szczytnie szkołę rodzenia. W niej udzielają kobietom oczekującym narodzin dzieci cennych porad, oswajając je z tym, z czym już niebawem będą musiały się zmierzyć.{akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *} 

KAŻDY PORÓD JEST INNY

Obie położne nie pamiętają już pierwszych porodów, przy których były. - Chyba zadziałał wtedy stres, bo zatarło mi się to w pamięci – przyznaje pani Julia. Zarówno ona, jak i jej koleżanka zgodnie podkreślają, że każde narodziny dziecka są inne. - Tu nie ma rutyny, ani generalizacji. Dlatego musimy mieć zawsze oczy szeroko otwarte, bo każdy poród przebiega inaczej – tłumaczy pani Julia.

Różne są też rodzące kobiety i one też wymagają indywidualnego podejścia. - Nie jesteśmy tylko położnymi. Czasem trzeba być też psycholożką, ciotką, czy siostrą – śmieje się pani Urszula. Bywa, że trzeba także przytulić przestraszonego tatę, który zdecydował się towarzyszyć swojej żonie czy partnerce przy porodzie. - Czasem jest tak, że rodząca przed nami otwiera się szybciej niż przed członkiem rodziny. Wynika to z tego, że nas się nie wstydzą, mają do nas zaufanie – wyjaśnia pani Urszula. Na zajęciach szkoły rodzenia tłumaczą swoim podopiecznym, że u młodych mam czymś naturalnym jest burza hormonów, a często też depresja porodowa, objawiająca się smutkiem i niepewnością, czy i jak poradzą sobie w nowej roli.

Położne mają również swoje sposoby, by rozładować napięcie towarzyszące narodzinom dziecka. - Często żartujemy, aby rozluźnić atmosferę – mówi pani Urszula. Zawsze skracają dystans z rodzącą. - Wtedy nie mówimy jej na „pani”, tylko po imieniu, wydając krótkie komendy. Po wszystkim znów przechodzimy na „pani” - opowiada Julia Duda.

JAK SIĘ NAPRACUJĄ, TO RODZĄ

Dla położnej nie ma nic piękniejszego, niż pierwszy krzyk noworodka, któremu pomogły przyjść na świat

Nasze rozmówczynie przyznają, że szczególne są dla nich świąteczne dyżury. - Dziewczyny często rodzą w święta, bo wcześniej się naskaczą, nasprzątają, nagotują. To czasem wywołuje poród, a my wiemy, że w tym czasie mamy masę roboty – śmieje się pani Julia. Obie położne nie kryją, że jest im trochę przykro, że nie mogą tego czasu spędzić z bliskimi, ale przez tyle lat zdążyły już się z tym pogodzić. - Na świąteczne dyżury każda z nas zawsze przynosi jakieś smakołyki, parzymy kawę, rozstawiamy ciasto. Łapiemy te uroczyste chwile, bo nigdy nie wiadomo, jaka będzie noc. U nas niczego przecież nie da się zaplanować – mówi pani Urszula. Dodaje, że u położnych każdy dyżur jest ostry, bo w każdej chwili może się zacząć poród u którejś z pacjentek, albo na oddział trafić rodząca. Wspomina, że miała już takie sytuacje, kiedy w pracy nie zdążyła zjeść kanapki, przynosząc ją potem ze sobą do domu. - A jak mi wtedy smakowała … - rozmarza się na chwilę pani Ula. Z kolei pani Julia przyznaje, że towarzysząca jej pracy adrenalina ją nakręca i dodaje energii. Dlatego woli dyżury, na których dużo się dzieje niż te, które przebiegają spokojnie.

USŁYSZEĆ PIERWSZY KRZYK

Mimo imponującego stażu pracy, wciąż przeżywają każdy poród. - Jak słyszymy pierwszy krzyk nowo narodzonego dziecka, to oddychamy z ulgą: uff, udało, się – mówi pani Ula. Często zdarza się, że ze wzruszenia ukradkiem ocierają łzy wzruszenia, widząc płaczące z radości na szpitalnym korytarzu babcie, teściowe czy ojców.

Nie zawsze jednak poród kończy się szczęśliwie. Bycie przy kobiecie, która straciła dziecko, to także część ich pracy. - Pamiętam imiona i nazwiska wszystkich mam z takich ciężkich przypadków, kiedy wiadomo było, że dziecko urodzi się chore i umrze. Pamiętam je, bo ciągle do mnie wracają – przyznaje pani Ula. - Do tego nie da się przyzwyczaić. Każda z nas inaczej reaguje na stres, ale to w nas siedzi – dodaje jej koleżanka.

Czasem jednak zdarzają się cuda. Pani Julia wspomina kobietę, u której badania prenatalne wskazywały na duże prawdopodobieństwo wystąpienia u dziecka zespołu Downa. Choć wtedy jeszcze nie obowiązywały zaostrzone przepisy antyaborcyjne i mogła przerwać ciążę, nie zdecydowała się na to. - Urodziła zdrowe dziecko. Pamiętam, jaka wtedy była radość rodziców. To też są fajne momenty naszej pracy – podkreśla pani Julia.

DLACZEGO NIE CHCĄ RODZIĆ?

Między rodzącymi a położnymi zawiązują się wyjątkowe więzi. Bywa, że spotkają się po latach, a dumna mama pokazuje im wyrośniętego kawalera czy młodą damę, którym one pomogły przyjść na świat. - To bywa trochę przytłaczające, bo pokazuje nam, jak nieubłagany jest upływ czasu. Człowiek myśli sobie: to już tyle lat … - przyznaje pani Julia.

Obecnie dzieci rodzi się coraz mniej, a demografowie biją na alarm. Co jest tego przyczyną? - Wynika to nie tylko z pewnego wygodnictwa, ale też względów finansowych. Dziś dziewczyny chcą najpierw zdobyć wykształcenie, potem mieć dobrą pracę, mieszkanie, a dopiero w dalszej kolejności myślą o macierzyństwie – odpowiada Julia Duda. Nie bez wpływu na decyzje młodych kobiet jest zaostrzenie przepisów antyaborcyjnych. - Są z tego powodu obawy – potwierdzają nasze rozmówczynie. Strach młodych kobiet przed zajściem w ciążę powoduje również to, że wiedzę na temat macierzyństwa czerpią nie zawsze z rzetelnych źródeł, szukając informacji w internecie.

Na posiadanie dziecka decydują się panie w coraz starszym wieku. - To nie jest dobry trend. Zawsze powtarzamy, że biologii się nie oszuka. Im kobieta jest starsza, tym większe ryzyko różnych powikłań i wad u dziecka – zauważa pani Julia.

POTRZEBNE NIE TYLKO PRZY PORODZIE

Położna towarzyszy młodej mamie nie tylko przy porodzie. - Poród to tylko chwila. Tak naprawdę jesteśmy im najbardziej potrzebne już po nim – uważa Julia Duda. Położne opiekują się kobietami już od 21. tygodnia ciąży i do 6. tygodnia życia dziecka odbywają wizyty patronażowe u pacjentek w domach. Uczą m.in. pielęgnacji noworodka i udzielają rodzicom cennych porad. - Kobiety po pew nym czasie załapują, na czym polega macierzyństwo, ale i tak często do nas dzwonią z pytaniami, nawet jak dziecko ma już pół roku – mówi pani Urszula.

Ewa Kułakowska{/akeebasubs}