... analogowy i cyfrowy pozwalał zatrzymać w kadrze czas, a fotografia w fantastyczny sposób utrwalała ulotność chwili. Każdy z nas posiada albumy ze zdjęciami pstrykanymi w szkole, w domu, na wycieczce, podczas uroczystości kościelnych lub państwowych.
Przeglądając te zbiory, w prosty sposób przywołujemy wspomnienia i wracamy do miłych chwil. Pamiątkowe fotki teraz pstryka każdy posiadacz telefonu, ale kiedyś nie było to takie proste. Zdjęcie mógł wykonać fotograf i na tę okoliczność zjawiał się np. w szkole na umówione i zorganizowane spotkanie, bowiem fotki obowiązkowo przytwierdzano do legitymacji. Pamiętam jak moja wychowawczyni Pani Matelska powiadomiła nas, że mamy się odświętnie ubrać, bo przyjedzie fotograf i będzie robił nam zdjęcia. Pięknie ubrana w biały golf i granatową princeskę zjawiłam się w szkole. Fotograf posadził mnie na krześle, kazał patrzeć w obiektyw i uśmiechać się. Po kilku dniach znów się zjawił, a my z przygotowanymi pieniążkami kolejno wzywani odbieraliśmy zdjęcia. Siedziałam jak na szpilkach, bo prawie wszyscy zdjęcia już odebrali, a mnie nie wzywano. Nagle ktoś zażartował, że „klisza pękła” i już miałam powód, by się rozpłakać, gdy fotograf powiedział, że teraz prosi na środek dziewczynkę, która uśmiecha się oczami. Nic nie rozumiałam, ale Pani poprowadziła mnie pod tablicę. Tam Pan fotograf oznajmił, że zdjęcia daje mi w prezencie wraz z portretem, ponieważ dla niego to wielki sukces, gdyż uchwycił uśmiech moich oczu. Nadal nic nie rozumiałam, ale portret do dziś zdobi moje mieszkanie i daje świadectwo fotograficznego, mistrzowskiego ujęcia.{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Potem wielokrotnie się do obiektywu uśmiechałam, aż nadszedł czas, bym stała się właścicielką aparatu fotograficznego „Smiena”. Pstrykałam fotki na lewo i prawo. Kupowałam filmy 36-klatkowe lub 24-klatkowe w zakładzie Fotograficznym „Iskra” lub u Pana Dzwolaka. Potem zanosiłam filmy do któregoś z tych zakładów i z niecierpliwością czekałam na efekty dokonań. Bywały różne - czasem faktycznie „klisza pękła” i cały film lądował w koszu, ale powstawały też arcydzieła sztuki. Mam całą galerię fotek, bo zasada była taka, że skończony film zawsze trafiał do zakładu fotograficznego, a zdjęcia do albumu. Tu przyznaję, że nie chodziłam na żadne zajęcia fotograficzne, ale kilka razy podglądałam kolegów wywołujących w domowej ciemni (zwykle w łazience) zdjęcia. Słuchałam też dobrych rad innych. Moja koleżanka Marzenka nauczyła mnie, że fotografując osobę na tle budowli, np. kościoła, nie ustawiamy tej osoby pod murem świątyni, ale prosimy, by stanęła blisko obiektywu, a wówczas efekt będzie taki, że i postać wyraźna a świątynia w tle. Inną lekcję odebrałam od kolegi Marka Twardziaka, gdy stojąc na pomoście w Wyknie fotografowałam zachód słońca. Wówczas podpowiedział, że robiąc taki widoczek powinnam słoneczko umieścić w prawym, albo lewym rogu, bo tym sposobem uchwycę całą panoramę, a ja mierzę wprost w słońce.
Niekwestionowanym i jedynym mistrzem fantastycznych ujęć był oczywiście mój redakcyjny kolega śp. Marek Plitt. Często w jego towarzystwie odwiedzałam miejsca i osoby, ja pisałam – Marek fotografował. Jednak tak jak to czasem bywa oboje mieliśmy małą „wpadkę”. Otóż przeprowadzałam wywiad z małżeństwem, które w zgodzie, miłości i wierności przeżyło ze sobą szmat czasu. Gdy wywiad ukazał się w „Kurku Mazurskim”, wówczas oboje odkryliśmy, że naszych jubilatów, przygotowując do fotografii, ustawiłam w niefortunnym miejscu – tuż nad porożem. Niby nic, ale oboje czuliśmy niesmak i troszkę obawialiśmy się reakcji czytelników, ale to małe niedopatrzenie uszło nam na sucho, gdyż moda na zdobienie porożami mieszkań do dziś jest popularna. Z czasem, gdy stałam się właścicielką aparatu cyfrowego, to zdjęcia wgrywałam do komputera, wyjątkowo oddawałam do wywołania. Biegałam po polach, lasach i z radości aż szalałam, bo wszystko pstrykałam. Byłam tak dumna i szczęśliwa, spodziewałam się też pochwały ze strony innych osób parających się fotografią i doczekałam takiej: „widzę, że masz małpiatkę”... nie rozumiałam uwagi posiadaczki lustrzanki. Wyjaśniła, że to aparat dla tych, co nie chcą myśleć o migawce, obiektywie, bo wszystko się samo ustawia bez zaangażowania autora. Pewnie miała rację, bo mój ostatni aparat cyfrowy roztrzaskał się na Baraniej Górze (jakie to wymowne - od małpy do barana blisko) i teraz jako fotograf wyborowy do pstrykania zdjęć używam telefon komórkowy.
Grażyna Saj-Klocek{/akeebasubs}
