Sylwestra spędziłem w domu. W znakomitym, rodzinnym towarzystwie. Było dobre jedzenie (dziczyzna) oraz muzyka i widowisko z telewizora. Oczywiście nie z programu TVP 2, bo choć mam wiele uznania i szacunku dla pana Zenka Martyniuka, to jakoś nie zakochałem się w disco-polo. Przynajmniej dotychczas. Oczywistą oczywistością sylwestrową było także spożycie musującego wina, snobistycznie nazywanego szampanem. Było, minęło. Pozostało już tylko po imprezowe sprzątanie. Niby nic nadzwyczajnego, a jednak...
Biorąc do ręki pustą butelkę po wybuchowym winie poczułem się zaszczuty. We wszystkich mediach dziennikarze, politycy, fanatycy i kto tam jeszcze straszą konsekwencjami, jakie mogą mi grozić, jeśli nie poświęcę co najmniej połowy swojego życia na segregację wszelakich odpadów i śmieci, które to paskudztwa mam czelność pozostawić po sobie. Przyglądając się mojej poszampańskiej butelce, od razu przygotowałem cztery stosowne torebki (oczywiście papierowe, czyli biodegradowalne). Pierwszą na nalepkę, kiedy uda mi się ją (nad parą?) odkleić. Drugą na plastikowy korek, trzecią na metalowy drucik od owego korka i wreszcie torbę nieco większą dla samej butelki. Potem przyjrzałem się uważnie szklankom po wypitej herbacie. {akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Wobec tylu wątpliwości poprosiłem żonę, aby wynalazła w Internecie wszystkie zamieszczone tam instrukcje, informacje i komentarze na omawiany temat. Otrzymałem do poczytania aż trzynaście wydrukowanych stron. Przeczytałem wszystkie. Pośród innych informacji zaciekawiła mnie wzmianka na temat różnicy w opłatach za odpady segregowane i zmieszane. Początkowo odnośne władze proponowały różnicę czterokrotną. Obecnie rozważa się dwukrotność. Opiszę zatem, jak to wygląda w kraju, gdzie od wielu lat recykling jest czymś oczywistym, czyli biznesem. I to bardzo intratnym. W Szwajcarii, gdzie kilka lat temu spędzałem wakacje w pięknej willi nad jeziorem Murten. Tam przetwórnie recyklingowe znajdują się w każdym „powiecie”. Jeśli zawozi się do nich odpady samemu, własnym samochodem, nie płaci się NIC za te segregowane, a dosłownie grosze, według wagi, za odpady zmieszane. Jeżeli ktoś zamawia odbiór śmieci ze swojego domu, płaci za transport, ale niewiele. Firmie zależy na owych śmieciach, bo oni je natychmiast, na miejscu, przetwarzają, a następnie, za ciężkie pieniądze, przekazują gotowy surowiec dla przemysłu. Właściciele zakładów recyklingowych należą do najbogatszych przedsiębiorców w swoim regionie. Tego z naszej, wakacyjnej okolicy poznałem osobiście. Byłem w jego willi. Pozazdrościć! Po co więc to całe gadanie o idei i nakłanianie obywateli do prac segregacyjnych. Jeśli to coś, czyli recykling, rzeczywiście w Polsce funkcjonuje na normalnych, europejskich zasadach, to jest to interes państwowy, wybitnie opłacalny, a owo propagandowe gadanie, to coś jakby przymus do prac niewolniczych. Napracuje się naród, no bo przecież warto dla świata. Tylko dlaczego mają jeszcze do tego dopłacać? Pośród internetowych komentarzy znalazłem także taki: czy ja jestem idiotą, żeby odwalać za kogoś robotę? Ten ktoś ma całkowitą rację. Inteligentny człowiek!
Nie jestem wielbicielem popularnego obecnie w mediach arcybiskupa Marka Jędraszewskiego. Z większością jego poglądów nie zgadzam się. Ale z większością, to nie znaczy, że z wszystkimi. Ostatnio spodobało mi się jego pejoratywne określenie „ekologizm”. Ma rację. Ekologia, to coś naprawdę ważnego, a ów ekologizm, to właśnie to, o czym dzisiaj piszę. Fałszywa niby filozofia, niby ideologia, stworzona dla otumanienia „maluczkich”.
Na zakończenie drobna uwaga techniczna. Cały ten system segregacji wymaga wyprodukowania, w skali kraju, około miliona plastikowych, cztero, czy też pięciokolorowych pojemników na odpady. Przez ile wieków będzie się toto rozkładało?
Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}
