Sylwestra spędziłem w domu. W znakomitym, rodzinnym towarzystwie. Było dobre jedzenie (dziczyzna) oraz muzyka i widowisko z telewizora. Oczywiście nie z programu TVP 2, bo choć mam wiele uznania i szacunku dla pana Zenka Martyniuka, to jakoś nie zakochałem się w disco-polo. Przynajmniej dotychczas. Oczywistą oczywistością sylwestrową było także spożycie musującego wina, snobistycznie nazywanego szampanem. Było, minęło. Pozostało już tylko po imprezowe sprzątanie. Niby nic nadzwyczajnego, a jednak...

Biorąc do ręki pustą butelkę po wybuchowym winie poczułem się zaszczuty. We wszystkich mediach dziennikarze, politycy, fanatycy i kto tam jeszcze straszą konsekwencjami, jakie mogą mi grozić, jeśli nie poświęcę co najmniej połowy swojego życia na segregację wszelakich odpadów i śmieci, które to paskudztwa mam czelność pozostawić po sobie. Przyglądając się mojej poszampańskiej butelce, od razu przygotowałem cztery stosowne torebki (oczywiście papierowe, czyli biodegradowalne). Pierwszą na nalepkę, kiedy uda mi się ją (nad parą?) odkleić. Drugą na plastikowy korek, trzecią na metalowy drucik od owego korka i wreszcie torbę nieco większą dla samej butelki. Potem przyjrzałem się uważnie szklankom po wypitej herbacie.

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.