Mieliśmy piękny koniec lata. Mamy paskudny początek jesieni. Jest niedzielne południe. Na zewnątrz leje deszcz. W domu ciemno, jak...

O czym tu pisać, w tak ponurej atmosferze? Może warto przywołać trochę sympatycznych wspomnień z lat odległych? Na przykład wrażenia z bankietów, balów i innych uczt. Niegdyś bywało, że zapraszano mnie na atrakcyjne biesiady. Dzisiaj wiodę spokojny żywot emeryta-domatora. Ale pamięć jeszcze mi dopisuje. Zatem „dawnych wspomnień czar” - jak śpiewał niezapomniany Mieczysław Fogg.

Zacznę od bankietu na najwyższym poziomie, jakiego doświadczyłem. Było to na Kubie, w roku 1974. W Warszawie zaproszono mnie do ekipy Edwarda Gierka, który udawał się do Hawany na spotkanie z Fidelem Castro. Moją rolą było zaprojektowanie i zrealizowanie na miejscu wystawy towarzyszącej odwiedzinom. Oczywiście na Kubie nie uczestniczyłem w żadnych oficjalnych spotkaniach partyjnych towarzyszy. Robiłem swoje. Ale na zakończenie pobytu cała nasza kilkunastoosobowa ekipa pomocnicza została zaproszona, na pożegnalny bankiet, przez samego Raula Castro, czyli brata Fidela. Dzisiaj jest on głową państwa. Wówczas był tylko szefem okręgu hawańskiego, ale i tak uchodził za najważniejszą, po bracie, osobę.

Zawieziono nas eleganckimi limuzynami do pięknego pałacyku koło Hawany. {akeebasubs !*}

 

 

Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.

{/akeebasubs}{akeebasubs *} Wewnątrz królewski wprost przepych. Zasiedliśmy przy stole nakrytym złotą zastawą. Każdy z nas miał za plecami własnego, wyfraczonego kelnera, który zapewniał ciągłą dostawę potraw i napojów. Jakże ja dziękowałem w duchu mojemu ojcu, który zdążył mnie, za młodu, nauczyć staroświeckich zasad odkładania sztućców. Wystarczyło, że na chwilę położyłem na talerzu nóż i widelec nie skrzyżowane, ale rozchylone i już serwowano mi dokładkę tej samej potrawy. Natomiast położenie obok siebie sztućców „na godzinę piątą” natychmiast skutkowało wymianą talerza i propozycją kolejnych dań. Podaż wszelakich potraw, a także alkoholi była niewyczerpana. Tu warto dodać, że wódki (na Kubie rumu) podanej w kieliszku nie dolewa się do naczynka nie opróżnionego do końca. Tak, że jeśli ktoś chce przerwać regularną dostawę trunku, to po prostu nie wypija pełnego kieliszka. Pośród kosztownych dań królowała langusta. Pieczona we własnych, rozciętych skorupach. Tak oto hulali kubańscy partyjni luminarze z towarzyszem Raulem Castro na czele. Tymczasem w kraju panował głód. Sklepów nie było wcale. Tylko przydziały. Głównie ryżu i fasoli. No i jak to nazwać. Wielki świat?

Skoro zahaczyliśmy o, jakby nie było, kręgi dyplomatyczne i celebrowanie historycznych, bankietowych manier, to pozwolę sobie na kilka informacji dla tych czytelników, którym trafić się może zaproszenie na galę, bal lub raut z najwyższych dyplomatycznych kręgów, że już nie wspomnę o dworach królewskich. Te informacje dotyczyć będą strojów. Na zaproszeniu zawsze będzie napisane white tie, albo black tie. To pierwsze oznacza, dla pana, obowiązek włożenia fraka z białą kamizelką i białą muchą. Czarne muchy, dla odróżnienia od gości, noszą kelnerzy, którzy na takich galach również chodzą we frakach. Black tie oznacza, że panom wystarczą smokingi, do których wkłada się muchy czarne.

Nigdy nie miałem ani fraka, ani smokingu. Na szczęście, poza bardzo wąskimi kręgami arystokracji, zapomniano już o frakowym reżimie. Kilka lat przed wojną, w krakowskiej Jamie Michalikowej, gdzie od najdawniejszych czasów odbywały się słynne bale, napisano na zaproszeniach „zostawcie w domu fraki i szelki, strój byle jaki, grunt to butelki”. I w zasadzie tak już pozostało niemal wszędzie. W tym samym roku, kiedy poleciałem na Kubę, projektowałem także ekspozycję w Chicago. Akurat był lipiec i wielkie peerelowskie święto dwudziestego drugiego. Zaproszono mnie na bankiet do tamtejszego polskiego konsulatu. Wielka impreza i ogromna ilość gości. W pięknym ogrodzie, nad jeziorem Michigan grał zespół znakomitego saksofonisty Włodzimierza Wandera, a śpiewała Dana Lerska. Co do strojów, to dyplomaci wystąpili w smokingach, ale na ogół przeważały ciemne garnitury.

Mógłbym wymienić jeszcze sporą listę ciekawych imprez. Kilkakrotnie zapraszany byłem na bale organizowane przez polskich milionerów. Pamiętam jak jeden z nich, w roku 1990, wydawał córkę za mąż i urządził luksusową imprezę w pałacu w Nieborowie. Śpiewał sam Bogusław Mec. Ale zupełnie co innego było główną atrakcją wieczoru. Trzydzieści lat temu nie znano jeszcze w Polsce większości egzotycznych owoców południowych. Banany i ananasy owszem, ale takie kiwi, to przecież dopiero co ukazało się w sprzedaży. Tymczasem gospodarz przyjęcia poukładał na stołach imponujące ilości mango, papai, marakui, pomeli i innych „dziwolągów”. Niewielu gości wiedziało, co to jest. I to dopiero stanowiło główną atrakcję balu! Choć co do mnie, to przede wszystkim zapamiętałem znakomitą dziczyznę, z bażantami w piórach jako danie reprezentacyjne.

To tyle smacznych wspomnień ku pokrzepieniu serc podczas słoty jesiennej.

Andrzej Symonowicz{/akeebasubs}