Nie należę do bazarowych maniaków, to jest osób, które uważają, że najlepsze zakupy robi się na wszelkiego rodzaju targach pod gołym niebem i są gotowe wstawać o bladym świcie tylko po to, aby mieć dostęp do towaru najświeższego i jeszcze nie przebranego.
Maniakiem wprawdzie nie jestem, ale wielbicielem bazarowej atmosfery owszem tak. Toteż zdarza mi się od czasu do czasu pomaszerować po świeżą zieleninkę na nasze szczycieńskie targowisko. Co do spraw ubraniowych, to jako typowy abnegat nie przywiązuję do nich wagi, a niezbędne zakupy nie sprawiają mi żadnej przyjemności. Najchętniej dokonuję ich w dużych sklepach. Byle jak najszybciej. Co innego świeży, roślinny towar jadalny. Na przykład pomidory malinówki. Mam upatrzone stoisko z przemiłą właścicielką i tamże dostaję pomidory o jakich śpiewał Wiesław Michnikowski w Kabarecie Starszych Panów: słoneczka zachodzące za mój zimowy stół… . Najlepsze jakie jadłem.
Normalną niestety koleją losu spontanicznie powstałe bazary zastępowane są obecnie krytymi halami, podzielonymi na stoiska. Ten sam „podły los” spotkał także część targowiska szczycieńskiego. Nie ma się co buntować. Taka tendencja obowiązuje wszędzie. Szkoda jednak tej dawnej atmosfery i żal, że - jeszcze jeden cytat z piosenki - „tylko koni brak”. Ten nasz szczycieński budynek handlowy to taka trochę galeria dla ubogich. Czyli coś pośredniego między znanymi mi doskonale warszawskimi galeriami handlowymi, a dawnymi sklepikami GS-u. O żadnej atmosferze nie ma tu mowy, a i ceny nie imponują niskim poziomem, bo przecież czynsz za stoisko w hali jest zapewne o wiele wyższy niż za 4 metry kwadratowe placu pod gołym niebem. No, ale „idzie nowe dziadu”, jak w swojej dziadowskiej balladzie śpiewali niegdyś Sobczak i Szpak, czyli kabaret „Klika”. Niestety.
{akeebasubs !*}
Aby zapoznać się z pełną treścią artykułu zachęcamy
do wykupienia e-prenumeraty.
Z tymi halami bywa dość różnie. Będąc w Maroku, czy Tunezji odwiedzałem tamtejsze bazary pod gołym niebem. Taki bazar to po arabsku suk. Zwłaszcza interesowały mnie stoiska z wszelkimi owocami morza i zupełnie nie znanymi mi świeżymi rybami. Na południu Hiszpanii natomiast zetknąłem się z całą siecią bardzo starych, zabytkowych hal przeznaczonych wyłącznie na targi rybne. I tu i tam niepowtarzalna atmosfera. Oczywiście targowanie się jest obowiązkowe. Klient, który nie targuje się o cenę obraża właściciela straganu. Tenże jest gościnny i chciałby z potencjalnym nabywcą spędzić trochę czasu. Toteż na arabskich sukach miejscowy kupiec częstuje gościa gorącą, silnie słodzoną miętową herbatką i namiętnie wykłóca się o cenę. Podobnie w Hiszpanii. Tam wprawdzie sprzedawcy nie częstują gościa herbatką, ale za to potrafią zagadać go na śmierć. Hiszpanie to naród gadułów i tamtejszy kupiec potrafi opowiedzieć klientowi mnóstwo niezwykle interesujących historyjek nie bacząc, że nabywca jest obcokrajowcem i ani słowa nie rozumie. Co do wysokości cen podczas targowania, to każdy sprzedawca trzyma w ręku kieszonkowy kalkulator i na nim wyświetla proponowane stawki.
Niegdyś w Maroku miejscowy Polak zawiózł mnie swoim samochodem daleko i wysoko w góry Atlas. Tamże, obok niewielkiego miasteczka, odbywał się raz w tygodniu słynny w okolicy targ, czyli suk. Mimo że było to gdzieś niemal pod chmurami, ilość i różnorodność oferowanego towaru zaimponowały mi. Pamiętam, że u jakiegoś miejscowego dziadka z długą, siwą brodą kupiłem całkiem fajny pakistański (!) składany nóż kieszonkowy. Oczywiście musiałem najpierw wypić dwie bardzo słodkie, miętowe herbaty (tak w ogóle to nie lubię mięty i nie słodzę ani kawy, ani herbaty) następnie, po długich targach kupiłem ów nóż za 6 dirhamów. Pierwotnie proponowana cena wynosiła 50. Co do tego akurat bazaru, to pozostało mi pewne raczej przykre wspomnienie. Handlowano tam także mięsem. To były małe, żywe kózki i jagnięta. Tyle że obok stoiska był zawsze placyk, gdzie sprzedawca, na ewentualną prośbę kupującego, pozbawiał zwierzątko życia. Przy pomocy noża i oczywiście na oczach gawiedzi.
Wróćmy do hall. Tych dawnych, tradycyjnych, nie udających miejskich galerii. Z nie powtarzalną atmosferą. Takie hale były w Paryżu. Zainicjowane już w XVI wieku, ale przebudowane, z drewnianych na murowane w latach 1736 – 1789. Przetrwały w stolicy Francji aż do roku 1970, czyli około dwustu lat. Wciąż czynne. W Paryżu byłem po raz pierwszy dwa lata po ich zburzeniu, więc nie miałem okazji odwiedzenia słynnego targowiska. Ale podobnych obiektów, choć na mniejszą skalę, było w paryskich dzielnicach jeszcze kilka. Uwielbiałem tam chodzić. Może dlatego, że na zachętę, w każdym stoisku, wtykano mi do dzioba a to kilka winogron, a to jakąś śliwkę, czy kawałek melona. Dla młodego biduli z PRL-u to było całkiem fajne śniadanko.
Na zakończenie jeszcze kilka słów o słynnych, historycznych, paryskich halach. Kiedy podjęto decyzję o ich likwidacji, nocą z 4 na 5 marca roku 1969 odbyła się słynna „Przeprowadzka stulecia”. Kupców wraz z towarem przewieziono na południe do miejscowości Rungis. W owej przeprowadzce uczestniczyło 20 000 osób i półtora tysiąca ciężarówek. Budynki paryskich hal zburzono rok później.
Andrzej Symonowicz
{/akeebasubs}
